Facecje Republikańskie/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lechoń
Tytuł Facecje Republikańskie
Pochodzenie Rzeczpospolita Babińska
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis“
Drukarz Straszewiczowie
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów, Poznań, Toruń
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały zbiór
Indeks stron
[ 47 ]

FACECJE REPUBLIKAŃSKIE
1918—1920



[ 49 ]STRASZNY SEN



Redaktor Niemojewski miał straszny sen. Śniło mu się, że był Moraczewskim. Kiedy sobie to uświadomił, było już po wszystkiem, za późno. Był wysokiego wzrostu, miał żonę Moraczewską i chodził wielkiemi krokami po pokoju.

Doznawał szczególnego uczucia, które chociaż nie było mu obce, jednak teraz rodziło się z taką fenomenalną, oszałamiającą szybkością, że zaledwie zebrać mógł myśli.

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Zmieniał przekonania, zmieniał błyskawicznie, zmieniał je jak rękawiczki — powiedział sobie, że przekonania są od tego właśnie, aby je zmieniać, ale i to go nie uspokoiło.

Naraz z drugiego pokoju usłyszał głos kobiecy. Domyślił się raczej, niż wiedział, że to jest jego żona — Moraczewską. Poprzez niedomknięte drzwi wdarł się do pokoju głos jej zdenerwowany, rozkazujący:

— Jędrzeju, Jędrzeju! — wołała żona.

— Po kiego djabła ta kobieta nazywa mnie Jędrzejem? — pomyślał Andrzej i w tej chwili poczuł, że jest Moraczewskim, nieodwołalnie, raz na zawsze, że zmieniając co pięć lat regularnie przekonania, uwikłał się w końcu w grubą awanturę, zagalopował się najwidoczniej i że nigdy już z tego nie wybrnie.

— Jędrzeju — powiedziała mu łagodnie żona — możebyś zjadł befsztyk?

— Zjem befsztyk — zdecydował się szybko, niby deski ratunku chwytając się tego ostatniego środka, ostatniej nici, łączącej go z Anglją i Koalicją.

— Jeżeli nie będzie innych środków, chwycę się środków spożywczych — pomyślał z determinacją, i wydało mu się naraz, że znowu siedzi u Lourse’a nad małą czarną, jak [ 50 ]codzień. Zdaje mu się, że czuje luby zapach siedzącego obok Reymontu, że wielki ojciec ojca komedji polskiej, Tadeusza Frenkla, zasłuchał się w jego, Andrzeja, słowa — jak w kulminacyjny moment „Grzechu Napoleona“.

W tej chwili wchodzi żona Moraczewska i stawia przed nim półmisek pełny dymiących, gorących befsztyków. Andrzej nakłada jeden z nich na talerz, mocno przyciska widelcem, i czerwona krew rozlewa się po talerzu.

Andrzej odkłada widelec i prosi żonę, aby kazała befsztyk przysmażyć. Podobnie niedosmażonych befsztyków nigdy się u nich nie jadało.

Żona spojrzała na niego tak, jak tylko patrzeć może żona ministra socjalistycznego. Wzięła widelec do rąk i stukając o brzeg stołu, oświadcza, cedząc słowo po słowie: „Zawsze się u nas jadło takie befsztyki“. Andrzejowi się. zdaje, że się przesłyszał. Nie. Żona z całym cynizmem stuka widelcem o brzeg stołu i nuci: „A kolor jego jest czerwony“.

Ciarki przeszły mu po skórze, i mąci mu się w głowie. Wie już teraz z całą pewnością, z całą bezlitosną pewnością, że wzajemne żarcie się stronnictw w Polsce staje się ciałem, żywem ludzkiem ciałem, pokrajanem na befsztyki, smażonem na patelni, podanem jemu, Moraczewskiemu, na talerzu.

Jest blady jak ściana i zaledwie może głos wydobyć, aby zapytać się żony, która ciągle nuci „Czerwony sztandar“:

— Moja droga, właściwie z kogo to?

Żona nie kładzie widelca i mówi najspokojniej w świecie:

— To jest Marylski-Łuszczewski, a właściwie ten kawałek jest z Marylskiego, a Łuszczewskiego dopiero się smaży; tutaj jest Świeżyński, Chrzanowskiego kazałem oprawić na niedzielę, jutro będą Witosy w mundurach — weź no Rząda, Antoniego Rząda — bardzo kruchy.

Włosy stają mu dęba, ale maca Rząda widelcem i czuje, że jest kruchy istotnie. [ 51 ]

— Strasznie krucha rzecz jest rząd — mówi z tępą radością. I naraz czuje jakiś dziwny niepokój, Czuje, że coś, czy ktoś czyha na niego, że to coś jest o parę kroków od niego — w tym pokoju. Wstaje i uważnie obchodzi pokój, patrząc we wszystkie kąty.

Przystanął wreszcie przy pianinie i milczał przez chwilę ze wzruszenia.

— Moja żono — mówi, dławiąc się niedosmażonym Marylskim — moja kochana. Zawołaj-no kogo ze służby, tylko prędko, i niechaj wyniosą pianino.

Żona popatrzyła na niego przez chwilę, jakby się chciała upewnić.

— Paderewski — wyszeptał Jędrzej, a po chwili dodał — strasznie krucha rzecz jest rząd.

Ale kiedy trzech lokai w socjalistycznych liberjach wzięło czarny sprzęt na pasy, kiedy z pokoju zniknął ten straszny przedmiot, który mógł przywabić strasznego rudego człowieka z za Oceanu — Jędrzejowi twarz wypogodniała.

Bądź co bądź, tak czy owak, jest prezydentem ministrów. Może robić, co mu się podoba, i zabraniać tego, co mu się nie podoba. Może zrobić p. Łuczyńskiego dyrektorem opery, a p. Korolewicz-Waydową postawi na czele zakładu wodoleczniczego. Jak będzie chciał, to postawi, i nikt mu nic nie może powiedzieć.

I kiedy wchodzi sekretarz prezydjum Rady Ministrów, Andrzej jest już sobą. Czuje, że tym razem zmiana przekonań jest zmianą na lepsze.

— Dmowski powieszony — mówi bez ogródek sekretarz. — Andrzej czuje się coraz więcej Jędrzejem.

— Za podburzanie do gwałtów i mordów i rozpuszczanie fałszywych wieści o działalności Rządu Ludowego.

— Radziwiłł powieszony. [ 52 ]

— Za co?

— Za głowę.

— Ksiądz Chełmicki powieszony.

— Za co?

— Pan prezydent raczy sobie żartować — mówi towarzysz-sekretarz, tym razem także Wojciech Baranowski — za co można powiesić księdza Chełmickiego?

Ta żona Moraczewska jest, pomimo wszystko, straszna.

Wchodzi do pokoju i tym samym piekielnym, socjalistycznym, stuletnim, pamiętającym dzieciństwo Marxa głosem mówi:

— Przyszedł... Ignacy.

— Powiedz, że niema pianina, żeśmy dali do stroiciela, zrozum, że nie możemy go przyjąć.

— Jesteś durniem, Jędrzeju — mówi bez ogródek żona — przyszedł nasz Ignacy.

A kiedy Jędrzej jeszcze nic nie rozumie, dodaje: — Nasz Ignac.

Kiedy był Andrzejem, myślał czasem Jędrzej, że może kiedyś przez pomyłkę, przez niedopatrzenie, dla dowcipu, że w nadzwyczajnych jakichś, słowem, warunkach może zostać prezydentem ministrów (naturalnie w Polsce). Ani mu się jednak śniło, że będzie ściskał rękę Ignacego, najautentyczniejszego Daszyńskiego. Jest mu głupio, kiedy go Daszyński całuje — jest mu strasznie głupio.

Siadają na kanapie i rozmawiają o polityce.

W trakcie rozmowy czuje Jędrzej, że mu się robi zimno. Mówi o niebieskich migdałach, o wszystkich towarzyszach, o Sławach, Dzbanach, Janach, Marsach, Włastach, o Grzmotach, o Piorunach, każe sobie przynieść „Kurjer“, żeby się nauczyć na pamięć ministrów.

Kiedy schodzi na dół, aby wyjechać na miasto, powtarza dwa słowa, których w żaden sposób niemoże zapamiętać: [ 53 ]

„Byrka, Nocz-nicki, Byrka, Noc-niczki, Byrka, Noc-niczki“.

Ma pełną głowę tej byrki, a zjadłszy już dzisiaj człowieka, wpada na piekielną myśl — byrka z kapustą i kartoflami, nie — byrka z sosem pomidorowym. Jutro każe sobie dać byrkę z sosem pomidorowym.

Przed pałacem Kronenberga stoi automobil, autentyczny automobil Mikołaja II.

W Jędrzeju budzi się Andrzej. „Najjaśniejszy Pan“ — szepce, przypominając sobie, jak to podpisywał depeszę do wielkiego księcia.

Towarzysz-szofer kordjalnie ściska rękę Jędrzeja, który siada do automobilu. „Bo na nim robotników krew“ śpiewa w kółko, chcąc z siebie wypędzić Andrzeja.

— Dajcie człowiekowi samochód, a zobaczycie, jakie będzie miał przekonania — myśli Jędrzej, czując i słysząc szmer na ulicach.

— Kozacy — zwraca się w pewnej chwili szofer, i Jędrzej widzi mnóstwo ludzi w mundurach.

— Kozacy — sto piekieł zapaliło mu się w głowie.

— Kossacy — poprawia go szofer. Wszyscy są podobni, jak dwie krople wody do siebie. Jest tych Kossaków niezliczone mnóstwo, wszyscy mają sumiaste rzęsy, miny arcypolskie, takie regencyjne, takie zum Befehl Majestat — jeden w drugiego chłopy naschwał — jest ich mnóstwo, niezliczone mnóstwo tych Kossaków.

I wszędzie są tłumy ludzi. Na Mazowieckiej tłum wyje, mówi Korfanty, w dwie minuty później Korfanty mówi do tłumu na Chmielnej, tłum w Alejach — znów Korfanty, Korfanty jest na Brackiej, na Żórawiej, na Foksal, wszędzie Korfanty i wszędzie mówi. „Gdzie jest u djabła Libicki?“ — myśli zniecierpliwiony Jędrzej. [ 54 ]

I czuje naraz, że tłum jest przeciw niemu. Słyszy, że wszędzie, gdzie tylko kucharki siekają kotlety, słychać nie tylko odgłos siekania — wszystkie kucharki w całem mieście krzyczą: „Niech żyje Korfanty“!

Naraz tłum staje się miljonem. Koło Lourse’a jest już miljon, miljon bohaterów w rezerwie, tych, co jak Lwów oswobodzony, to pójdą do Lwowa, jak Niemiec pobity, to będą bili Niemców.

Wszystko to w futrach, w lakierkach, wszyscy z „Warszawskim Kurjerem“ w ręku. Tysiąc lasek, lasek ze złotemi gałkami, wznosi się nad samochodem.

Jędrzej pobladł jak ściana. Na czele tłumu idzie Andrzej. W jednej ręce ma małą czarną, włos siwy rozwiał mu się na wietrze, złote okulary ma na nosie, drugą rękę podniósł i wygraża; wyszedł od Lourse’a i woła: „Precz z Jędrzejem“!

A z Jędrzejem dzieją się rzeczy straszne. Widzi siebie, samego siebie. Jak wygraża, jak pluje, jemu — sobie samemu, w twarz, jeszcze jedna chwilka i zwarjuje.

— Precz z Jędrzejem! — ryczy tłum sytych, odżywionych ludzi.

— Precz z Andrzejem! — woła prezydent ministrów, który chce być prezydentem ministrów.

— Jędrzej i Andrzej w jednym stali domku — przechodzi przez myśl Jędrzeja i woła do żołnierzy: — Aresztować tego warchoła.

 
........................
 
[ 55 ]

A Andrzej podskoczył na łóżku i obudziwszy się, ujrzał milicję przy sobie, milicję, która przyszła go aresztować.

— Przeklinam was, wichrzyciele, jako wrogów Polski — woła Andrzej, wyskakując z łóżka.





Pomyślane w zimie 1918 r., kiedy rząd Moraczewskiego już zmierzchał — a choć jeszcze słońce Paderewskiego nie wzeszło — już się dla mistrza pocichu szykowało pochodnie. Andrzej Niemojewski jest w tym czasie na wszystkich naraz w Warszawie rostrach, strzelają też do niego na wszystkich rogach, chociaż, zarówno jak w stosunku do Korfantego, i tutaj okazali się endecy małostkowi — włos z głowy nie spadł weteranowi polskiego socjalizmu. Autor uważa to sobie za krzywdę, że tak kapitalnej, z jednej bryły, w każdym ruchu klasycznej figury, jak Niemojewski, raz jeden tylko dotknął i zaledwie ją naszkicował. Kiedy w młodości swej pisał Niemojewski krakowiaki socjalistyczne, kiedy później systematycznie, co tydzień, bluźnił panu Bogu — można się było w nim dopatrzeć od biedy czegoś z Orzechowskiego — była to przecież zaledwie dzisiejszego Niemojewskiego zapowiedź. Dzisiaj jest to poprostu w jednej osobie Zagłoba i Rejent Milczek — warchoł, pieniacz, łgarz i potwarca, jakaś katylinarna personifikacja najcięższych narodowych grzechów, której bezczelność i namaszczenie budzą nieomal szacunek. To też opinja, na której jedzie Niemojewski okrakiem, myśli o nim mniej więcej, jak załoga chreptiowska o Zagłobie, ze jest „wszystkiego kawalerstwa największa ozdoba“; czasami nawet po rozprawach w sądzie dowiadujemy się, że „wuj nie że“ — choć wiemy, że zełgał od pierwszej do ostatniej litery.

Nocznicki i Byrka — nazwiska autentyczne.



[ 56 ]PREZYDENT WILSON W WARSZAWIE



Prezydent Wilson trwał właśnie na galowym obiedzie w Wersalu, kiedy przyniesiono mu depeszę warszawskiej Rady Miejskiej. Nastrój był podniosły. Stary Clemenceau, spity jak bela, całował z płaczem Lloyda George’a, król Jerzy dla przyzwoitości śmiał się z głupich żołnierskich dowcipów Focha. Dowcipy były naprawdę szalenie ordynarne — ale król Jerzy brał pod uwagę wyjątkowe zasługi Focha na polu bitwy. Dopiero kiedy marszałek chciał koniecznie tańczyć dżiga — król Jerzy wziął go pod ramię i oddał w ręce Erzbergera, który usługiwał przy stole.

— Niech-no Mateusz odprowadzi pana marszałka — powiedział król Jerzy, dając Erzbergerowi pięćdziesiąt centimów. — Foch rzuca się na szyję pannie Chenal, wybucha płaczem i śpiewając „Allons enfants de la patrie“, pozwala się wyprowadzić z sali.

Wilson tymczasem szybko przerzuca okiem depeszę i już miał ją zmiąć i rzucić na stronę, gdy nagle wzrok jego pada na podpis.

— Rosset — przypomina sobie Wilson — mój Lansingul Skąd ja mogę znać Rosseta?

— Obywatelu Biały Ojcze — rzecze Lansing, najwidoczniej zdziwiony krótką pamięcią swego prezydenta — Rosset jest wodzem jednej z największych w Polsce partyj, jest prezydentem jednego ze stanów w Polsce — to bardzo ważna i znakomita figura.

Wilson czyni minę, która pozwala się domyślać, że ocenia należycie powagę pozycji Rosseta, ale najwidoczniej chce jakichś ściślejszych informacyj.

— Doskonale, mój Lansingu. W jakimże stanie rządzi ów Rosset? [ 57 ]

Lansing jest coraz bardziej zdziwiony i odpowiada:

— W stanie nietrzeźwym, obywatelu Biały Ojcze! Jest to bardzo znakomity stan.

Sytuacja przy stole staje się tymczasem coraz swobodniejsza. Pani Poincaré śpiewa piosenki niemieckie, których się nauczyła od jeńców; pani Rostand w żałobie siada Wilsonowi na kolanach i prosi, żeby jej ofiarował skarpetkę.

Kiedy Wilson odmawia, pani Rostand grozi, że będzie improwizowała. Prezydent spocony i zgnębiony ostatecznie. Korzysta z sekundy, w której owdowiała poetka daje psztyka w nos admirałowi Jellicoe, i wysuwa się z sali, kiwając na Lansinga i pułkownika House, aby szli za nim.

— Pojedziemy, moi kochani, do Warszawy. Nie sposób jest wytrzymać w tym Paryżu.

Przez drogę prezydent Wilson informuje się u pułkownika House w najważniejszych sprawach, dotyczących Polski. Prezydent Wilson jest zdecydowany wygłosić mowę do tłumów w Warszawie; chciałby koniecznie być au courant warszawskich stosunków.

— Jak się nazywa ten zamek Paderewskiego? — pyta w pewnym momencie Lansinga.

— Bristol, obywalu Biały Ojcze — mówi Lansing, który kupuje kury od pani Paderewskiej.

— No dobrze! I któż tam mieszka, jak niema Ignacego? Myślę, że nie zostawia zamku bez obrony?

— Skądże znowu — pośpiesza go uspokoić pułkownik House — jest przecież burgrabia Jentys.

— Wszędzie ci przeklęci Japończycy — mówi prezydent i popada w widoczne niezadowolenie.

Pociąg wilsonowski jedzie jakąś szalenie krętą linją: ludność całej Europy przekupuje maszynistów, którzy dokonywują cudów chytrości — byle tylko zahaczyć o wszystkie [ 58 ]ważniejsze miasta. W ten sposób Wilson ma wylizane dosłownie zelówki — kiedy staje we Lwowie. Na stacji harmider nie do opisania. Tłum Izraelitów, szwargocący, zdenerwowany, brodaty, miota obelgi i ściele się pejsami po ziemi. Upływa dłuższa chwila, zanim Wilson dowiaduje się, o co chodzi. Delegat rządu warszawskiego, p. Wasercug, urządził pogrom Żydów. Wilson zatrzaskuje drzwi wagonu, kopnąwszy uprzednio jakiegoś Żyda w głowę. Żydzi robią hałas — ale Wilson śmieje się, kontent najwidoczniej.

— Jak chcecie się boxować, to proszę — krzyczy, pokazując w uśmiechu zdrowe białe zęby, oryginalne amerykańskie.

Wjeżdża wreszcie do Warszawy i gdy słyszy pierwsze armatnie wystrzały, staje w otwartych drzwiach wagonu. Armaty walą raz po raz. Wilson zdejmuje cylinder i widzi na dworcu wysokiego pana również w cylindrze. Pan ma piękną blond brodę, minę nadzwyczajnie poważną; wygląda, jakby zszedł z obrazu Matejki „Batory pod Pskowem“.

Pan Jan Lorentowicz — on to bowiem był właśnie — wita prezydenta Wilsona imieniem Warszawy, bierze przyjacielsko pod rękę i tłumaezy przyczyny tak szczególnego powitania.

Ministerstwo ochrony sztuki i kultury zdecydowało, że obowiązującem podczas powitania nakryciem głowy ma być cylinder: p. Lorentowicz jeden jedyny w Warszawie posiada cylinder.

Prezydent Wilson mówi, że nic nie szkodzi.

— Uszanowanie pułkownikowi! — woła p. Gustaw Beylin, klepiąc po ramieniu pułkownika House.

Tymczasem huk armatni nie ustaje. Szyby trzęsą się, i tynk opada ze ściany. Wilson przyjmuje delegację nielicznej w Warszawie kolonji Indjan: Romuald Kamil [ 59 ]Witkowski całuje w jej imieniu nogę Białego Ojca z Waszyngtonu.

Huk ustał, i po chwili znów wystrzał — jakiś inny, potężniejszy.

— To Thugutt pękł z zazdrości — szepcą między sobą panowie.

— Strasznie ciężka artylerja te wasze Thugutty — mówi Wilson.

Jadą ulicami miasta, a na ulicach dzieją się rzeczy straszne. Ataki histeryczne, nagłe śmierci, przedwczesne porody — oto słaby obraz przypadków, którym pod wpływem wzruszenia podlegają członkinie Katolickiego Związku Kobiet.

Prezydent Wilson konstatuje z przyjemnością, że jedna z ulic nazwana została jego imieniem. Na wniosek p. Bolesława Koskowskiego, Rada stoł. m. Warszawy postanowiła zmienić nazwę ulicy Traugutta na ulicę Wilsona. Afisze teatralne o barwach amerykańskich. Publiczność otrzymuje w podarunku od redaktora Krzywoszewskiego specjalny wilsonowski numer „Świata“. Pod portretem prezydenta znakomity dwuwiersz samego redaktora:

„Weź, o Wilsonie, tycie me i mienie,
Lecz pozwól sobie uściskać siedzenie!“

W Teatrze Polskim „Pułaski w Ameryce“ z potomkiem bohatera, p. Franciszkiem Pułaskim, raz jeden jedyny w roli tytułowej. Salę dekorują t. zw. „amerykańskie elekstryczne świczki na choinkę“. W Teatrze Rozmaitości nowa sztuka Czekalskiego „Emilja Plater w Filadelfji“ czyli „Karjera panny Milci“. Kardynał Kakowski wyprzęga konie i ciągnie powóz w stronę zamku. Warszawa huczy i ryczy. [ 60 ]A nocą wiesza się na latarni jakiś rudy człowiek, pomalowany w gwiazdki jak sztandar amerykański; na szyi jego wisi karteczka z jednem jedynem słowem: „Veto“.

Adolf Nowaczyński nie przeżył chwili, w której nie było nic do wykpienia.





Fantazja ze schyłku 1918 r., kiedy się jeszcze biło Piłsudskiego zagranicznemi wielkościami — zanim wyrychtowano swojskich bayardów, — i rozmnożyli się jak grzyby po deszczu. Prezydent Wilson, dobrotliwy manjak i przyjaciel małych narodów, musiał być brany, patrząc pod tym kątem, tak jak później bohaterski generał Weygand, to znaczy jako hasło demagogiczne; autor z całą swobodą zażartował sobie z tego endeckiego Wilsona, nie bez ukrytej myśli podrażnienia przyrodzonej w Polsce celebralności. Niektóre rozrzucone po fejletonie aluzje, ad personam zwłaszcza, nie dla wszystkich są zrozumiałe. Co się więc tyczy posła A. Rosseta, wciąż działającego publicznie, — jest on najpierwszym na prawicy znawcą i miłośnikiem alkoholu — na lewicy odpowiada mu ambasador Jodko, jeżeli już nie bije go o parę butelek dziennie.



[ 61 ]PISARZOM „BIAŁEGO ORŁA“



Do domów, za witryny, Republiki zbawcy!
Piechotą wszyscy trzeźwi, dorożką — urżnięci:
Nie z papieru, lecz z ducha wstanie Cola Rienzi,
Nie blagujcie Ojczyźnie, jak swemu wydawcy!

Nie Wam, o gryzipiórki, iść Hektora śladem:
Oppmanowi, co rymy z krwawej gliny lepi,
Pokazał się północą zadek księcia Pepi.
Musztarda po obiedzie, a wiersz przed obiadem!

Jak Bógby nieśli kule, któremi chłop strzela,
Skrobią piórem, gdy w polu dział muzyka warczy.
Bez tarczy przyszli do nas, nie wrócą na tarczy,
O, nie wiesz, mój Kornelu", czem jest „Cyd“ Kornela!

Jest jedna tylko Prawda: iść ze światłem w dłoni,
A ta już dawnych Posłów do Polski nie pośle:
Na swych krzesłach kurulnych zasnęli wyniośle,
Miast poprawiać żołnierzom popręgi u koni!

Kto z was kiedy był lontem przy polskiej armacie
I jedną dla Ojczyzny spędził noc bezsennie?
Po knajpach się spijacie na umór codziennie,
Perzyński przed narodem nosił zawsze gacie!

Dołęgi, niedołęgi, diuki Weyssenhoffa,
Zaszyci w gęste lasy, strzelacie z ukrycia
Korkami od szampana na gościńce życia —
O, powstań, moja Polsko, bo już trzeszczy sofa!


[ 62 ]

Słyszycie pomruk fali, z oddali co pluska,
Czujecie powiew śmierci, co was w wir pochłonie —
Nowaczyński dziś ściska różne rabskie dłonie:
Stołeczny Aretino z Sarceyem z Pułtuska!

O Boże! Że też w Polsce niema dotąd kąta,
Gdzie z księgarni nie biją literackie smrody!
O, wierzę, że z swych oczu pleśń zgarną narody!
Jak Orestes, tak chłopi zatłuką Reymonta.





Pisane w listopadzie roku 1918. Przeciw rządowi Moraczewskiego skonfederowali się wtenczas, śród innych, i pisarze konserwatywnego obozu, obierając za swe godło „Białego Orła“. Dziwny to był związek, w którym radzili nad „naprawą Rzeczypospolitej" zarówno najpierwsi w literaturze, jak i ostatnie ciury — tem dziwniejszy, ze znając wielu z konfederatów, zaledwie można ich było posądzać o taką patrjotyczną żarliwość.

Dzisiaj — po bolszewickiej potrzebie — wiemy, jak bardzo sądziło się ich niesłusznie. Nie mówiąc już o reducie Or-Ota (Zgoda 12), w której się poeta okopał i ponoć nawet na wieść o zbliżaniu się Moskali parokrotnie wysadzał (coprawda nie w powietrze) — wszyscy nieomal pisarze „Białego Orła“ mężnie stawali wobec wroga.

Częste przeciw niemu wycieczki czynił i siła mu złego wyrządził Adam Siedlecki herbu Grzymała; był też od bolszewików poznany i ostrzeliwany zaciekle.

Sławę najpierwszych zagończyków zyskali także: Włodzimierz Perzyński i Kornel Makuszyński. O Makuszyńskim zresztą oddawna po większych winiarniach było wiadomo, że „okrutnej to jest fantazji kawaler“; do szeregu przystał jeden z pierwszych i „co koń wyskoczy“ pisał brylantowe oktawy „do broni“ i do generała Hallera.



[ 63 ]OBELGI

 

Paderewski, Kubelik, nawet Battistini —
Nikt w Polsce nie posieje Świętej Zgody ziarna;
Gdy odejdzie czerwona, przyjdzie sotnia czarna,
Lenin wyrżnie nas wszystkich i zgodę uczyni.

Gdyśmy wszystkie już przeszli polityki kursa,
Jeszcze każdy z Ojczyzną wywija kuranty,
I kobićty od Zyty wołają: „Korfanty!“
I wnoszą go w triumfie na rękach do Lourse’a.

Dziś jęczym, jak pod knutem, pod panem Thuguttem,
Co coraz się rozwściecza przez endeckie szczucie
I orły chciałby w pióra przystrajać thugucie:
Nasz Marat z Pipidówki cisnął w słońce butem.

Gdy gdzieindziej narody naprzód pędzą kłusa,
Sarmacki partykularz trawi marny gulasz —
O, panie Filipowicz! Wiemy, czemu hulasz,
Nie takim się w Warszawie stawia łuk Tytusa.

Wasi lewi Bismarki z anemicznem liczkiem,
Demagogi odważne, nim nie zagrzmią działa:
Stroić fochy Fochowi — oto mądrość cała!
Niemcy na nas z armatą, wy na nich z — nocniczkiem.

Nie zrobią i w Paryżu z naszych Dmowskich ryżu,
I dmą się po dawnemu śród tłuszczy okrzyków —
Przyjedzie z Paderewską hodowla indyków,
Co tylko przez odległość nabrały prestige’u.


[ 64 ]

Nie zbawi się Ojczyzny sposobem stolarskim,
Drzećby łyka z Wójcika, trząść z Próchnika próchno —
Polacy jak Kossacy: gdy złe wiatry dmuchną,
Drży pędzel nastroszony w mundurze rajtarskim.

Socjałów i endeków brać do wojska gwałtem!
Do piechoty! Hołoty nie chcą nosić konie;
Jak chamy Kossakowi — sejm mu sprawi Błonie.
Niech sobie teraz Jędrzej carskiem jeździ autem.





W listopadzie r. 1920, w chwili ukazania się tych pamfletów, jest wierszyk powyższy, pisany w grudniu r. 1918, szczególnie aktualny. Chociaż bowiem zgoda jest rzecz głupia i zresztą w polityce nie do osiągnięcia – zajadłość partyjna, dziennikarskie kajdaniarstwo, jawna pogarda dla prawdy, — muszą mieć przecież jakiś hamulec i jakieś granice. A tymczasem nigdy tak jak dzisiaj nie były obowiązujące w partyjnej walce kłamstwo, potwarz i obelga, nigdy tak programowo i z taką furją nie szperano mętom polityki po kieszeniach, pod kołdrą, pod łóżkiem — chociaż i na to zgoda, że nigdy nie było równie trudno wybrać, mając z jednej strony dr. Tadeusza Dymowskiego, który jest sztandarowym mężem na prawicy, z drugiej — pana Jana Stapińskiego, który zasiada w naszym Komitecie Ocalenia Publicznego i jest brany przez lewicę zgłupia frant za dobrą monetę. Ten ohydny układ rzeczy jest w grudniu 1918 in statu nascendi, a flirt pana Leona Wasilewskiego z hrabią Kesslerem, jego dziecinne dąsy na Ententę, jedna za drugą prostackie gaffy Rządu Ludowego, zarówno jak intryga pana Tytusa Filipowicza i czarna rewolucja kucharek od św. Zyty — to zapowiedź tego, co się dzisiaj, ku hańbie naszej kultury i obyczajów, robi, mówi i pisze.

Wzmianka o Kossakach tyczy się szwadronu ułanów, którym dowodził autor licznych malowanych Somosierr, że się już o Płowcach i Grochowie nie mówi, na który to szwadron, upity w sztok, zrobili pewnego dnia szarżę błońskie szajgece i bardzo haniebnie go rozbroili.



[ 65 ]ROKOSZ SAPIEŻYŃSKI

 

To tak, mój Eustachy? Takeś upadł nisko,
Że Ty, co jeśliś siedział, to tylko na wencie,
W zwyczajnym kryminale mogłeś siedzieć święcie,
W nieczyste awantury wplątawszy nazwisko.

O Litwo! w Polskę wrosła jako dąb Dewajtis,
Przecz jedni chcą Mendoga, a drudzy Mendarda?
Podnosi miecz na Polskę familja Bayarda:
Pan sierżant taki młody i już Januszajtis.

Hej baczcież, basałyki, byście znowu buta
Obcego nie lizali w bolszewickiem Wilnie —
W więzieniu biją lekko, a na wojnie silnie:
Trudniej walić jest Niemców, niż kuksać Thugutta.

Eustachy na lachy — i nikt się nie twroży,
Że nocą oszaleje jakaś głowa kiepska;
Co mówił pan Zagłoba o przodku z Witebska,
O xięciu Eustachym znów się w rymy złoży.

Nie myślcie, że da radę z oszalałem fortem
Ten, co zawsze w swem życiu brał misterne piano;
Wyjedzie w kąt, cisnąwszy Ojczyznę pijaną:
Przywykłym do komfortu jest Polska — abortem.

I choć się w jeszcze jednym pokaże łamańcu
I sto razy na owczą — wilczą skórę zmieni,
Choć się nocą Perlowi pojawi w czerwieni,
Będzie Grabski Stanisław — tylko Grabskim w tańcu.

Dziś wołacie Hallera, co działa zabiera,
A gdy jutro was skrytych po redakcjach złaje,
Przyjdzie pora Dowbora, co działa oddaje,
Piłsudski robi wojsko, a wy — bohatera!


[ 66 ]

O, małe Bonaparty z litewskiej rodziny,
Powolnie prowadzone na paryskim pasku!
Dmowski jeździ powozem po bulońskim lasku
I robi męża stanu z męża Sapieżyny.

Pan Andrzej i xiądz Czesław rwą na wiecach płuca
I pomsty na Thugutta przyzywają boskiej:
O, xięże Oraczewski! Cóż zrobił Kakowski,
Że innym, a nie jemu, pan zdradę zarzuca?

Cóż zrobił Januszajtis, że tłuszcza dziś ślini
Ojczyzny i narodu najświętszy emblemat —
Weyssenhoff-Podfilipski napisze poemat
„O walecznym Żegocie“. — Wstydźcie się, Litwini!





Pisane w styczniu roku 1919, w czas jakiś po zamachu stanu, który miał obalić Naczelnika Państwa i rząd Moraczewskiego. Sprawa ta nabrała dzisiaj specjalnego pieprzu, gdyż najgorszy z biorących udział w zamachu „siepaczy“, Eustachy ks. Sapieha, tak dalece w przeciągu krótkiego czasu „poprawił się“, że nie tylko „Bóg mu przebaczył“, ale nawet Naczelnik Państwa zrobił go ministrem. O ile jednak karjera dyplomatyczna ks. Sapiehy jest pełnym dydaktycznej wartości przykładem nawrócenia się jawnogrzesznika, o tyle — dla dzisiejszego posła, dr. Tadeusza Dymowskiego zamach 5 stycznia był owem przysłowiowem „łyczkiem“, od którego rychło przeszedł do „rzemyczka“, „przejmując“ list dr. Hermana Diamanda do jego Dorotei. X. Czesław Oraczewski, megaloman i kabotyn, czas pewien uprawiał bluff naukowy — później utonął w najordynarniejszej demagogji, prowadząc pochody kucharek i przemawiając na „masówkach“ chrześcijańskich analfabetów.



[ 67 ]OTWARCIE SEJMU KONSTYTUCYJNEGO

 

(Sprawozdanie jednego z dzienników warszawskich z dn. 10 lutego 1919 r.)

 

Wczorajszy mroźny ranek zastał na nogach całą demokrację warszawską, która, otulona w futra, sweatery i golfy, w radosnym nastroju krążyła po ulicach, z prawdziwem wzruszeniem przyjmując mrozy amerykańskie, jako zapowiedź dalszych jeszcze dobrodziejstw mocarstw sprzymierzonych dla naszej zmartwychwstającej ojczyzny. Dzień wczorajszy znowu zaświadczył wymownie o sympatjach Warszawy dla bohaterskich narodów Koalicji; na każdym kroku spotkać się było można z żywiołowemi objawami gorących uczuć sprzymierzeńczych.

Masowa konsumcja klusek francuskich, kapusty brukselskiej i włoskiej, wielka liczba dzieci, które specjalnie na dzień uroczysty zapadły na chorobę angielską — dosyć chyba wymownie świadczyły o nastrojach stolicy.

W „Colosseum“ zakupiono przedstawienie kinematograficzne dla ludu roboczego. Wprawdzie dopiero po południu wyświetlany będzie obraz Stanisława Kozłowskiego „Rozporek prezydenta Wilsona“, teraz już jednak kolorowe afisze zwracają uwagę tysięcy ciekawych.

Nasi milusińscy, porwani ogólnym zapałem patrjotycznym, biorą udział w wyrażaniu woli ludu. Tu i owdzie widzi się grupki chłopców, grających w guziki od majtek Paderewskiego — łzy kręcą się w oczach przechodniów. Tramwaje № 10 są przedmiotem nieprzerwanych owacyj. Na żądanie Narodowego Klubu Sejmowego dyrekcja pozwala na bezpłatne przejażdżki po tej linji.

Pisarze ze „Związku Białego Orła“ przeciągają przez miasto na wozie Grzymały. [ 68 ]

Związkowi pp. Oppman, Makuszyński i Perzyński zorganizowali wewnątrz wozu dobroczynny wyszynk wódek pod hasłem: „Ratujcie Lwów!“

Liczne wehikuły, wiozące paralityków, publiczność zgromadzona na ulicach obrzuca kwiatami.

Warszawa nie zapomni nigdy tym nieszczęśliwym istotom, że dzięki ich zdecydowanej postawie, naród uzyskał możność wypowiedzenia swej woli.

Mówi się szeroko o konieczności podwyższenia cenzusu wyborczego. Czynne prawo mieć będą tylko sparaliżowani na jedną nogę lub rękę, bez różnicy płci i wyznania; bierne — pozbawieni władzy w obu rękach i nogach — conajmniej od lat 20.

Śród licznych pochodów zwraca uwagę grupa koryfejek baletu i zasłużonych chórzystek operetki, prowadzona przez sędziwego artystę Teatru Rozmaitości, p. Józefa Kotarbińskiego.

Stronnictwo p. Lucyny Kotarbińskiej niesie transparenty z napisami: „Dobra gospodyni piecze ciasta w domu“, — „Rozbija się dwa jaja, sypie ½ funta czekolady. Po ugotowaniu odstawić“.

Na gmachach i urzędach państwowych przemalowywują od rana herb Rzeczypospolitej, dorabiając orłowi białemu grdykę, ściśle wzorowaną na oryginale, znajdującym się w sejmie konstytucyjnym.

Minister oświecenia publicznego wydał dekret, wprowadzający zamiast kropki przecinek. W ten sposób uczczono długoletnią służbę społeczną i zasługi posła Stanisława Bruna.

Jak zawsze, tak i tym razem teatry warszawskie biorą udział w uroczystościach, przygotowując do nich swój repertuar. Na trzech scenach miejskich grane są jednocześnie: „Kościuszko pod Racławicami“, „Napoleon pod [ 69 ]Wagram“ i „Januszajtis pod kluczem“, czyli „Przyłapany“ Ja na Adolfa Hertza.

Przed widowiskiem aktorzy wypowiadają wiersz okolicznościowy Or-Ota p. t. „Do Francji“:

„Gdy każesz, nie postoi noga nam w Cieszynie,
Tyś święta, siostro Francjo, a my zwykłe świnie.
I niczem nasze czako przy Twem cudnem kepi,
Foch największym jest wodzem. Nie gniewaj się, Pepi“.

Po prologu orkie»tra grała hymn państw koalicyjnych, za tło mając żywy obraz: wierzbę płaczącą, z cudownie na niej owocującemi gruszkami. Pod wierzbą siedział przebrany za pastuszka p. Roman Dmowski i grał na fujarce „Boże Caria chrani“ we własnym nowym układzie.

Uroczystość imponowała charakterem swoim, pełnym godności i spokoju. Socjalistów naogdł zabijano.





Opisane tu otwarcie pierwszego sejmu w nowej Polsce, w styczniu 1919 r„ ma za aktorów postaci nieraz jeszcze w tej książce dotknięte i niejako ulubione przez autora. Paralitycy i koryfejki baletu to tylko statyści tej historycznej sceny, ale wymustrowani i wyuczeni przez panie Zaborowską i Kotarbińską znakomicie, gotowi na śmierć za kabalistyczną cyfrę 10 (Bóg i Ojczyzna).



[ 70 ]AGENOR GOŁUCHOWSKI U LOURSE’A



Agenor Gołuchowski siedzi. Robi to, co każdy członek Izby Panów, ale robi to „in partibus infidelium“: u Lourse’a.

I on także był kiedyś farysem i on był argonautą i on chciał dostać Złote Runo, cesarz Franciszek Józef mówił mu „Kochany mój hrabio Gołuchowski“.

Teraz mu to mówi Gustaw Beylin.

Z każdego kąta idzie zapach demokracji: mocny zapach mocnych cygar, drażniący zapach l’origanu, wątpliwy zapach paradoksów.

Jest „tout Varsovie“: cała demokracja. A pod filarkiem flirt: uśmiecha się piękna pani pod noskiem małym, młody człowiek pod nosem wielkim — flirtują bez różnicy wyznania.

Oto jest sielanka Goethego „Hermann und Diamand“. Oto jest Kazimierz Wielki: Kazimierz Dunin-Markiewicz. A oto są Gustaw Beylin i Adolf Hertz: oto jest naszej współczesności Gustaw-Adolf.

Pomimo wszystko rację ma Nowy Testament: „Marta lepszą cząstkę wybrała“.

A tam znów się zbiera na „Biały Krzyż“ pani Paderewskiej. Wszystko w Polsce jest dzisiaj niżej „Białego Krzyża“.

A panna Fifi wychodzi zamąż i przestaje się puszczać, a panna Bożenka wychodzi zamąż i zaczyna się puszczać, a Polacy dostali korytarz do Gdańska.

— Czekali w przedpokoju, więc dostali korytarz.

— Czy wie pan, że hrabia Józef będzie w Londynie polskim l’ambassadeur?

— Hrabia Józef? Chyba l’embrasseur? [ 71 ]

Jest jednak jakaś nieubłagana logika w tern wszystkiem. Najpierw pisze się bajki, które kto inny konfiskuje, później się konfiskuje samemu.

Człowiek walczy, zabiega, kłania się, urzęduje, jest wielki, kocha, żyje (jeszcze jak! jeszcze z kim!) — później się starzeje i robi się z niego Kinderfreund.

A wtenczas myśli aforyzmami:
 
Od czterech dni jestem w Warszawie. Prosiłem w hotelu o dwa słoneczne pokoje z widokami na... przeszłość.
 
Bardzo mądrze powiedział Steczkowski: „Nic nie stracone — oprócz honoru“.
 
I to się nazywa dyplomacja: urządzać zamachy nieudane! Jakże wysoko pod tym względem stał ś. p. arcyksiążę Franciszek Ferdynand!
 
Powiedziałem dziś kelnerowi: „Proszę małą czarno-żółtą“.
 
Ja wcale nie znam Beylina.
 
Podobno statyści występują w teatrach. Ja się im nie dziwię. Skoro pianiści zajmują się polityką.
 
Teraz znów znieśli tytuły. Ciekaw jestem, jak oni będą odróżniali książki.
 
Socjaliści, chcąc uszczęśliwić ludzkość, znoszą większą własność ziemską. Mnie się zdaje, że powinni w tym celu znieść raczej własność mniejszą.
 
[ 72 ] Grdybyż to tylko rody się skończyły! Ale zobaczycie, że i porody się skończą.
 
Zwrócono mi uwagę, że maczam palec w kawie. Naiwni! Nie w takich rzeczach maczałem palce.
 
Austro-węgierski minister spraw zagranicznych — to także człowiek.
 

Czy mi się zdaje, czy też aforyzmy Konara są głupie?





Pisane w roku 1919 za czasów pani Paderewskiej. Hrabia Agenor Gołuchowski, austro-węgierski minister spraw zagranicznych, członek Izby Panów i kawaler Złotego Runa, bawił wtedy w Warszawie i siadywał codziennie, jak każdy inny śmiertelnik, za stolikiem u Lourse’a; tam tez autor pomyślał tę impresję.

Tak jak wtedy hrabia Agenor, wyglądałby — miserabile visu! — towarzysz Ekscelencja Ignacy Daszyński w Café de la Paix naprzykład, gdyby był w Polsce nastał régime bolszewicki, tak wyglądać muszą cesarz Karol na wycieczce w górach — i cesarz Wilhelm na spacerze pod Amerongen.

Kazimierz Dunin-Markiewicz, o którym dla jego wzrostu mówi się, ze jest „pisarzem dużej miary“ — i wspomniany z nim Gustaw Beylin należą do świata literatury; tutaj poszkodowani są mimochodem.



[ 73 ]WIERSZ O ZŁEJ ŻONIE

„Prof.“ Strońskiemu

Jak biedna Polska Polską, od królowej Bony,
Jeszcze nigdy mąż zacny nie miał takiej żony:
Wszędobylskiej, szastalskiej, jak przekupka kłótnej,
Nudzi cię, kiedyś wesół, męczy, kiedyś smutny,
Jeżeli co zamknięte — to każe otworzyć,
Dziw, że takich lat pięknych mógł mąż przy niej dożyć, —
I myślę, że napewno, jak Paryż Paryżem,
Jeszcze takiej nie widział, jak ta: — z „Białym Krzyżem“.

Nie dość było hotelu, służby w pałąk zgiętej,
Wszystkich księży z Warszawy, całej Zyty świętej,
Ba, samej Kotarbińskiej Lucyny poddaństwa —
To dla niej fraszka! Ona Naczelnika Państwa
I stany sejmujące i ministrów w kupie
Za nic ma. Kręci Polską, niby łyżką w zupie.
Nic, że klucze zabrano, we drzwiach niema klamek,
Każe przynieść wytrychy, a wejdzie na Zamek,
Myślicie, na tern koniec? Trzaśnie w kark małżonka
I którędy królowa Anna Jagiellonka,
Sunie ona — a za nią i On skromnie bieży;
„Módlcie się“ — woła „Kurjer" — „białym krzyżem leży“.

Na całym świecie niema tak wielkiej potęgi,
Coby mogła ją wstrzymać od „przecięcia wstęgi“:
Na rybacką, strażacką, warzywną czy rolną,
Gna na każdą wystawę, gdy ma chwilkę wolną:
Gdy chora, z wszystkich aptek sprowadzi lekarstwa,
Łodzią z „Wumu“ przejeżdża na „Sto lat malarstwa“ —
Źle, prawda, gdy się komu nie chce w pracy ślęczyć,
Lecz ta — wstaje o szóstej, aby naród męczyć.


[ 74 ]

To wstyd, to despekt! hańba! U samiutkiej góry
Wszystko dzisiaj jest w rękach, co macały kury:
Politykę, oświatę, jak chce sobie smaży,
Niedługo będzie biła ministrów po twarzy,
Głowę dam sobie uciąć, niech się w palec zatnę,
Jeśli robót publicznych nie zmieni w prywatne.
Nie wie nawet, gdzie Cieszyn, ledwo, ledwo mnoży,
Ala zato popatrzcie, gdy zasiądzie w loży:
Chciałbym widzieć orkiestrę, co nie wyrżnie tuszem,
Takiego, co nie będzie machał kapeluszem;
Do papieżaby poszła, a został bez pracy....
I dziwić się, że krzyczą: „Niech żyje Ignacy“!

Darmozjadów, drągali, aferzystów, kupców,
Na najpierwsze urzędy pcha największych głupców.
Tancerzy do przemysłu, muzyków do wojny,
Gdyby wiedział Massaryk, toby spał spokojny.
Jeszcze parę lat tego, a będzie „finita“:
Już teraz jest „Rzecz Babska“ a nie „Pospolita“.

Rozumiem, że mogłaby być światu bez ceny,
Do niej mogliby zsyłać, nie świętej Heleny,
Mogłaby straszyć dzieci, grać za sceną grzmoty;
Czyż wreszcie niema w Polsce forsownej roboty,
Szycia, prania, froterki? Dom płonie, czas nagli,
A daćby raz jej w darze narodowym magli!
Niech plotkuje, niech waśni, o to przecież mniejsza,
Niech będzie Ignacowa — lecz nie najjaśniejsza!

Każda inna Helena szyje, zmywa, pierze:
Ta jedna albo w Zamku, albo w Belwederze.
Najważniejsze papiery ma pod swoją stratą,
Najciemniejsze figury włażą i wyłażą,
Same stare, bezpłodne baby naokoło:
Do djabła! Gdy warjować — to choć na wesoło.

[ 75 ]

W czepku Polska się rodzi? O mój Boże mocny!
Cóż z tego, gdy ten czepek, to jej czepek nocny!

A to ładne porządki, a to w Polsce pięknie,
Czekajcie, a ze śmiechu zagranica pęknie,
Jeszcze trochę zabawy, a zrobi się smutno,
Zapłacimy za szycie, za nici, za płótno,
Za lalki! — Lepiej fora, póki czas, i — ręką.

Z fortepianu nic temu, który śpiewa cienko.





Pisane jesienią 1919 r. — w tym samym prawie czasie, kiedy jeden po drugim ukazywały się świetne artykuły Adołfa Nowaczyńskiego o pani Paderewskiej i jej fraucymerze. Potomność zaledwie uwierzy, ze o najważniejszych wtenczas sprawach w Polsce miały głos najpierwszy panie: Helena Paderewska, Lucyna Kotarbińska i Jadwiga Czaki (niegdyś, bardzo temu dawno, miała własne stronnictwo). A jeżeli dziś jeszcze biada się czasami, że minister Thugutt ubliżył królewskiemu godłu Polski, ściągając mu z głowy koronę — nie trzeba zapominać, że i pani Paderewska pohańbiła białego orła, zapędzając go do swego kurnika, niby — w najlepszym razie — orpingtona. I jeśli jest to, dalej, prawda rzetelna, że najrealniejsze nasze interesy na Zachodzie zaniedbano niedawno dla złudnych korzyści na Wschodzie — to należy pamiętać, że nie tak znów dawno i zachodnie kłopoty i wschodnie mrzonki musiały iść na bok, gdy szło o najważniejszy w Bristolu postulat: jaja na miękko lub na twardo dla Ignasia.

Śmiało też rzec można, że nic innego, tylko „zła żona“ ulubieńca narodu była jego — powiedzmy — „wyprawą kijowską“.




#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1929. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1953 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1929 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1929 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false