List z wyspy śmierci

<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł List z wyspy śmierci
Pochodzenie Straszliwe przygody
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały zbiór
Indeks stron
[ 11 ]

LIST Z WYSPY ŚMIERCI



Dowiaduje się z niego czytelnik, jak autor wy jechał na wielkanocne święta na małopolską wieś, jak, będąc krytykiem teatralnym, nie mógł wrócić na premierę i co się z nim potem stało?



[ 13 ]W chwili, kiedy, tłumiąc kanie, będziecie czytali list ten, mnie może już nie będzie; może jakaś stara czapla, z pasją udająca ibisa, zaduma się nad zwłokami topielca, pływającego leniwie wśród. naddniestrzańskich szuwarów i mruknie: „ten człowiek ma zdeformowaną czaszkę“. Rzecz tedy jasna, że na premjerze być nie mogę, a piorunujące redakcyjne depesze czytam z bolesnym uśmiechem; rzekł już raz bowiem Fredro, „że kto w grobie jedną nogą, na tym groźby nic nie mogą“. Urządzajcie sobie premjery sami, — ja sobie urządzam pogrzeb, obmyślając go szeroko i długo, gdyż mam czas.

Gorze! gorze!

Jestem zamknięty na wyspie, nademną niebo, naokoło zaś woda, niezmierna woda, ten straszliwy artykuł, którego u nas jest najwięcej. W tej chwili poznałem, że pismo „Nasze zdroje“ ma rację bytu, w tej chwili rozumiem całą polską poezję ostatniej doby, pojmuję doniosłość odczytów jubileuszowych. Jest to jasnowidzenie topielca:

Jakżeż więc mam przyjechać na premjerę?

Pocom tu lazł? – Czy ja wiem? Jak to się zresztą stało, opowiem: [ 14 ]Mam bardzo czarnego i szczęśliwego przyjaciela; szczęśliwy on zaś jest dlatego, że ma wieś, mojem jednak zdaniem jest to człowiek, mający początki obłędu, gdyż tem tylko można sobie wytłumaczyć, że mąż ten zaprosił do siebie na święta kilku literatów. Kombinowaliśmy tedy tak: albo nagle oszalał, albo nie ma nic do stracenia, albo napisał dramat i chce go nam przeczytać, albo też zdechła mu krowa, on zaś, nie mając co z tem zrobić, sprasza chude poety, aby raz porządnie zjadły. W każdym razie dobry człowiek, więc jedziemy, przytroczywszy bagaż do guzika kamizelki.

Miało nas być czterech, jeden jednak zawiódł, twierdząc, że musi tłumaczyć Shelley’a; o, chytry! Siedzi nas tedy trzech w wagonie i czeka. Mija jedna godzina, a pociąg stoi. To trudno, to się zdarza. Mija druga godzina, a pociąg, jak stał zadumany, tak stoi. I to się zdarza.

— Deszcz pada, więc nie chce wyjechać z pod dachu, — mówi jeden z nas.

— Alleluja! Alleluja! — szepce autor „Michała Anioła“, gdyż nastrój świąteczny zaczął już na niego działać.

A pociąg stoi sobie i pogwizduje przez zęby; dymi, jakby przez nos, nonszalancko i głupio.

— Panie konduktorze, kiedy pociąg ruszy?

— A kto go tam wie?

— A pan nie wie?

— Ja wiem, jak już jadę.

— To jakiś „nietutejszy“. [ 15 ]

— Jedzie! jedzie!

— Alleluja! Alleluja!

Bo to była właśnie Wielkanoc.

Maszynista zaciął pociąg, który wypełznął ze stacji, jak glista; na wszystkich twarzach znać wzruszenie; jedna niewiasta ociera pot z czoła, druga zasię w nieprzytomnem podnieceniu wciąż to zdejmuje, to wkłada rękawiczki. Ale to nic, to jeszcze nic.

Na pierwszej stacji pod Lwowem pociąg staje; biegniemy do okien i bladość okryła trzy twarze: tuż za torem szarzeją gmachy Kulparkowa (na psa urok!); zaprawdę jednak trzech młodzieńców z najmłodszej Polski nie może patrzeć bez ukrytego wzruszenia na ten zakład dla obłąkanych.

— Źle się zaczyna! — myślę i patrzę z pod oka na towarzyszów, którzy z tym samym badawczym niepokojem patrzą w tej chwili z pod oka na mnie.

— Napisałem tylko jeden tom poezyj — myślę, — więc to nie ja.

I żal mi się zrobiło tamtych...

Najwyraźniej jednak widzę w oczach drugiego uśmiech, który mówi:

— Siedzę w urzędzie, gdzie się umiera na tyfus głodowy, — więc to nie ja.

I żal mu się zrobiło nas dwóch.

A trzeci myśli:

— Gdybym to ja, w takim razie, nie mógłbym już poznać, że to właśnie oni, więc to nie ja. [ 16 ]

I westchnęliśmy z ulgą, a równocześnie.

A pociąg stanął nad rowem i patrzy ślepiami lokomotywy, czy w rowie niema żab, bo nie widzę innej racji, aby we mgle i deszczu stać godzinę nad błotnistym rowem i szukać, czego się nie zgubiło.

— W tem coś jest! — mówi jedna z niewiast.

— Z pewnością! — mówi druga.

— Ale co w tem może być? — pyta pierwsza.

— Mój Boże! — odpowiedziała druga, — pewnie coś jest...

Bardzo słusznie. Coś w tem musiało być, ale „żaden nie powiedział, żaden bowiem nic nie wiedział“, jak deklamuje Frenkiel. Gdyby w tej chwili naprzykład, modą Maeterlincka, wszedł był do wagonu blady człowiek w zielonym płaszczu i niebieskich okularach i zgasił lampę, albo tajemniczym ruchem przesunął rączkę ogrzewacza, bylibyśmy z pewnością wiedzieli, że będzie nieszczęście; bez wskazówek zaś pozagrobowych siedzieliśmy cicho. Od czasu do czasu kłapnęły w mroku jakieś zęby; ktoś chciał mówić i widocznie nie mógł, jeden tylko z nas powtarzał uporczywie swoje „Alleluja!“, ale głosem zupełnie złamanym...

W tej chwili wchodzi do przedziału jakiś chudy pan, perfumowany zapachem „Jaksonia“, przerażony.

— Czy wiedzą panowie, że pociąg stoi?

— To on! — pomyśleliśmy równocześnie i spojrzeliśmy na kulparkowskie wieże. [ 17 ]

— Jedzie! jedzie!

— Bogu dzięki!

— Porządny człowiek ten maszynista.

— Oby dojechał zdrowo!

— Czy myślicie, że pociąg jechał? Widział kto wyścigi żółwi? widział kto muchę w miodzie? — widział kto tabetyka, startującego w „skoku w dal“? — To wszystko nic. Lokomotywa, zda się, wyciągnęła przed siebie macki i szukała czegoś na torze, za nią zaś wozy, podrygując ze strachu, trzęsąc łańcuchami dla dodania sobie odwagi; pociąg skrzypiał i jęczał i szedł jak na ścięcie, toczył się jak pijany, jakby się chwytał rękoma przydrożnych płotów; czasem się nastraszył rosochatej wierzby na gościńcu, wtedy gwizdnął z rozpaczy, tulił pod siebie ogon i gnał przez dwie minuty i ryczał i jęczał i rzęził i płakał i tupał kołami. Za chwilę znów ustawał zziajany, dopadał do jakiejś zakazanej stacji i patrzył błagalnie i ze strachem na takiego pana w czerwonej czapce, z którego Rittner robi dramaty, a Reymont nowele, ponieważ zasię ten patrzył znów błagalnie i ze strachem na pociąg, perspektywa była wcale miła.

Deszcz pada sobie, jak gdyby nic, jak gdyby to nie była Wielkanoc, jak gdyby nie było obserwatorjum na Politechnice, jak gdyby... ech! do stu tysięcy!...

Ale to naprawdę wszystko nic jeszcze.

Pociąg się kołysze tak, że aż drży wszystko, kołysze się jak prelegent na wykładzie, jak [ 18 ]Otello, zanim zadusi Desdemonę, jak gabinet, który ma upaść. To się nie skończy na niczem, w kinematografie raz tak samo kołysał się „Expres nr. 27“ i co się z nim stało? Wszystko poszło w drzazgi, 121 trupów, 207 rannych, ocalał tylko on i ona.

W takich chwilach przezorność nie zawadzi, dobrze jest zresztą rozprawiać o sprawach obojętnych. Pytam tedy przyjaciela:

— Ileby ci, mój drogi, zapłaciła kolej za zdruzgotanie obu nóg i za złamanie stosu pacierzowego?

Zdaje mi się, że rzucił we mnie walizką, co jest najlepszym dowodem, jak bardzo byliśmy wszyscy zdenerwowani.

Poderwał się w tej chwili nieszczęsny pociąg, jakby mu wyrwali ząb; zatrzeszczał niesamowicie, zrobił jeszcze krok, jak zastrzelony na scenie aktor, potem legł, ciężko dysząc, jak długi, jak zmęczony gonitwą ogar legnie nad kałużą i chłepce wodę, tak oto ta żmija, kopcąca z pyska, wyciągnęła się nad wodą.

— Woda! woda! — krzyknął cały pociąg.

Siedzący w bocianiem gnieździe na okręcie Kolumba żeglarz, nie wył z takiem przejęciem swego „ziemia! ziemia!“ – z jakiem my wszyscy zaczęliśmy jęczeć: woda! woda!

Woda przed nami, za nami, pod nami i nad nami.

— Krzyknijże teraz swoje „Alleluja!“ [ 19 ]zbójco! — wołałem prosto w twarz memu przyjacielowi,

— Woda! — stęknął przyjaciel.

— Koniec! amen! najpierw były na ziemi wody...

— Wracajmy natychmiast! — woła żona jednego poety, który morduje w powieściach na prawo i na lewo, lecz boi się żony.

— Jak wrócić?

— Pani! — mówię jej — księżna Fife brnęła niedawno po szyję...

Niewiasta poczęła szybko wdziewać rękawiczki (o! o! o!), gotowa na śmierć.

Chudy człowiek, perfumowany zapachem „Jaksonia“, patrzy przez okno i deklamuje:

„Tyle wody! skąd ta woda? czy w mej głowie huczy?...“

— Niech pan mówi lepiej pacierz! — mówię mu.

Chudy człowiek spojrzał na mnie, zatoczył się i upadł na poduszki.

Gorze! Gorze!

— Wracamy! — krzyczy ktoś.

— Woda na torze! Szyny zerwało!

— Ależ to niemożliwe, — ryczy jakiś gruby pan, — Zosia czeka na dworcu.

— To pan płyń!...

— Nie umiem... jak Boga kocham, nie umiem...

— Panie konduktorze, jedźmy dalej, zrób pan to dla mnie, rozumie pan, dla mnie!... [ 20 ]

Jakieś dziecko głośno się śmieje, bo mu się woda podobała.

— Chińczyk by je udusił...

— To dziecko źle skończy!...

— Dziecko? To potwór, nie dziecko...

Lokomotywa gwiżdże, sapie, śmieje się histerycznie, najwyraźniej się śmieje; woda szumi wśród kół, ciśnie się, rozlewa, chlupie, bełkoce, szeleści, pluszcze, mlaska, przelewa się na drugą stronę i gna w nurt, który się tłamsi wzdłuż toru, chwyta za gałęzie wierzby, jak za włosy i goni oszalały, jak spłoszony koń, ucieka do jakiegoś niewiadomego portu, jak defraudant, wścieka się, jak wyborczy komisarz, skacze przez bruzdy, jak geometra, włazi pod most, szarpie go mimochodem, ugryzie, wstrząśnie i jazda dalej. Ogarnęła go jakaś obłąkana, idjotyczna radość, jak cielę, które goni, ogon w górę zadarłszy.

A to wszystko razem nazywa się Stare Sioło, takie stare, a tak idjotycznie oszalałe.

— Pięć osób utonęło! — krzyczy ktoś.

— Sześć!!

— Daję słowo, że pięć! Niech pan nie będzie przemądry...

— To pan będzie szósty?

— Idjota!

— Jedziemy!

— Aaaa!

Przejechaliśmy. Jak, którędy, po czem, naco? — Pan Bóg jeden wie; podobno jakiś dzielny kapitan (oby został generałem!) dał słowo, że [ 21 ]przejedziemy. Żałowałem w tej chwili, że nie służyłem w wojsku; woda to jeszcze nie wojna.

Ale to wszystko nic jeszcze; łatwo wejść, ale jak wyjść? Sytuacja jest, ale wyjścia niema. Przyjął nas w swoje ciche wnętrze „dwór szlachecki z drzewa, lecz podmurowany", przytulił, i ogrzał. Lokaj we fraku — ojej! — całe szczęście, że frak nie bardzo paradny, tylko taki, po nieboszczyku. Mówi do każdego „jaśnie panie!“ — bałwan jeden; widocznie strach przed powodzią pomieszał mu zmysły.

Za oknami wyje wiatr i miecie śniegiem widocznie wedle wielkanocnych tradycyj; w oddali coś bardzo szumi i coś się bardzo niepokoi, ale noc jest i niech tam sobie szumi. Potem jednak było strasznie; oto lapidarne moje zapiski, notatki człowieka, który myślał o śmierci.

Niedziela rano. Jak okiem sięgnąć — jedno jezioro; opodal u stóp wzgórza, na którem stoi cichy dwór, bałwani się Dniestr i rozpierać się poczyna w brzegach, jak wielki pan.

Na pobliskim wzgórku zbiły się w gromadę bielone chałupy i drżą z zimna, patrząc przerażonemi okienkami w wodę, która powoli, powoli podchodzi, zbliża się, jakby próbowała gruntu pod nogami; potem się piąć zaczyna leniwo na wzgórze, niezgrabnie napozór, jak brunatny niedźwiedź. Chwyciła znienacka mokrą łapą jakąś nieszczęsną kurę i rzuciła ją w nurt. Potem zagarnia zachłannie stertę słomy, potem zasię, jak [ 22 ]czujny złodziej, powoli, ostrożnie podnosi poszycie brogu, a widząc, że nikt nie patrzy, zrywa go jednym ruchem i ciska na odmęt, który z nim ucieka pędem, złoczyńca niecny.

Wszystkie drogi odcięte, — ani w przód, ani w tył; a woda rośnie, jakby na całej fabryce drożdży, kipi i szumi.

Wierzby podniosły w górę chude ręce i głowy dźwignęły wysoko, więc wichr nagle powiał, fala wydęła się bezczelnie i ułapiła wierzby za włosy. Już po nich! głowy im tylko sterczą, pełne guzów, zidjociałe i owite wieńcem zeschłych trzcin.

Fala, rozwydrzona i bez najmniejszego powodu wściekła, dopadła pierwszej chałupy, wyjąc:

— Wynosić się!

I jak komornik, z bączkiem na łbie, wyrzucać poczęła jakoweś bety, jakoweś kołyski i inne takie chude sprzęty, na których się człowiek rodzi i umiera.

Paralitycznie wykrzywiona stodoła opiła się straszliwie wody, wydęła potężnie brzuch i za chwilę pęknie.

Wszystko to widać z okien. Widać także, jak wysoki młyn, indywiduum, które z obłąkanym hałasem wodzi tę wodę za nos przez cały rok — teraz nagle spokorniał i uśmiecha się do toni, jak faryzeusz. Przecież on nie chciał, przecież jemu kazali, cóż on winien? — już więcej tego nie zrobi, przecież on szanuje i rzekę i wszystko razem — opowiada się i [ 23 ]tłumaczy, jak francuskiego króla“ komisarz podczas rewolucji.

Ale tłumna woda chlasnęła go w pysk najwyższą falą, wyrwała okna, zmiotła schody i zaczęła spienionym łbem tłuc w ściany, aż się młyn pochylił i jęczy:

— Dajcie już spokój, za chwilę się zawalę!

Ale nie zwalił się szelma i znowu przyjdzie do władzy i będzie zgrzytał zębami kół ze złości i na proch trzeć będzie...

Co to będzie? co to będzie?

Jeden literat już się bardzo boi wody, a cóż dopiero trzech? Woda ta zaś niewiadomo skąd się bierze, z jakich wydostaje się kryjówek. Każdy dzień przynosi coś nowego.

Przychodzi bałwan lokaj we fraku z nieboszczyka i powiada:

— Ja już to raz widział, dwie wsie się wytopili...

I to się nazywa lokaj! Bogdajbyś zczezł...

Potem przychodzi Wasyl „od koni“, patrzy, patrzy i mówi:

— Ho! ho!

— Niby co? Gadaj co znaczy: ho! ho!?

— A umieją pan pływać?

— Umiem...

— No to pan się wyratują, a reszta pójdzie pod wodę...

Rewolwer! gdzie jest rewolwer? Nieprawda, nie umiem pływać! — poco ja tu zresztą przyjechałem? [ 24 ]

Poniedziałek.

Woda naturalnie idzie w górę, bo to poniedziałek.

Kury się potopiły, indyki się potopiły, świnie rozbiegły, — nic nie zostało prócz wody. Do miasta dostać się nie można... co my będziemy jedli?

„Wsi spokojna, wsi wesoła“... — „Gościu, siądź pod mym cieniem i odpocznij sobie“... — „Jak to miło wieczór bywa, kiedy dzwonek do snu wzywa“... — „Błogosławiona niechaj będzie brona, pług i radło“... — Czy kłamał kto kiedy na większą potęgę?

Dobrze, umierajmy... O jej! Dlaczego koniecznie w stolicy można przecież i pod Haliczem!... Czy ja prosiłem o to, żeby we środę była premiera?

Wtorek.

Woda idzie w górę, bo tu podobno zawsze we wtorek musi być nieszczęście.

Wszystko dobrze, ale co my będziemy jedli? Szukajmy przykładów:

Robinson jadł korzonki — tego tu niema; ostatni Mohikanin ssał jakieś korzenie, skąd tu wziąć korzeń, kiedy tylko olbrzymi jesion stoi przed domem, reszta drzew w wodzie; u Vernego na tratwie rozbitki zjedali nieboszczyka — nie to niemożliwe, zresztą wszystko tu bardzo zdrowe i kościste... Niema rady! ale zrodzona w gorączce myśl nie opuszcza mnie i krwawe wstęgi zatacza mi przed oczyma. [ 25 ]

— Trzeba wszystko przewidzieć — myślę sobie, patrząc z ukosa na śpiewaczkę, w niemem odrętwieniu siedzącą w kącie. — Nie! ta musi być łykowata, jak każda śpiewaczka.

Widzę, jak gdzieś zielony głód z wybałuszonemi oczyma płynie po Dniestrze, siadłszy okrakiem na belce, wyrwanej z mostu.

Rozpacz... rozpacz...

Nikt już nic nie mówi, wszyscy jakby senni. Dżdżysta ciemność wykrzywia się za oknem jak stary pawjan. Autor kilku powieści dosiadł Bechsteina i wytrąbia na nim uwerturę do „Latającego holenderczyka“... Naturalnie... Czemu jeszcze nie „Barcarollę“, albo nie „Zejdź, luba, do mej gondoli“...

Jedyna ucieczka w książce, biorę tedy France’a: „Pisma krytyczne“. Budda, Verlaine, Bismarck, Flaubert, Baudelaire... Co to jest?... Pot zimny wystąpił mi na czoło. Baudelaire zapytał raz, fanfaronując:

— Czy pan jadł mózg małego dziecka? Podobno jest znakomity i ma smak włoskiego orzecha...

Baudelaire tak powiedział... Baudelaire... Czarno na białem. Małe dziecko... Jeśli jutro nie będzie się można dostać do miasta. To trudno... Pół tuzina dzieci wystarczy. Na wsi się znajdzie...

Środa.

Czy ja wiem zresztą, czy to środa? Kalendarz obowiązuje dyrektora banku, a nie [ 26 ]Robinsona. Mimo to jednak trzeba będzie znaczyć scyzorykiem na ramie okna karby, aby utrzymać rachubę czasu; świetnie to robił opat Faria w podziemiach zamku If, zapomniałem tylko jego sposobów...

Na duszy robi mi się wesoło — to podejrzane, to bardzo podejrzane...

Zagłodzony człowiek u Hamsuna urządzał wesołe kawały z elektrycznym modlitewnikiem. Przed oczyma mam tęczę. Widzę na portrecie Sichulskiego naszego amfitrjona najwyraźniej z trzema głowami...

A woda przybiera z uporem złośliwego idjoty — znów podniosła się o dwa metry. Szaleństwo!... szaleństwo!... (tak się przecież pisze w pamiętnikach.)

Jak to mówił hrabia de Monte Christo?

— Na honor! dziś Lukullus ucztuje u Lukullusa! — i kazał podać równocześnie minogi z jeziora Fusaro i sterlety z Wołgi.

Wielka sztuka w Paryżu! niechby tak spróbował pod Haliczem, dnia 10 kwietnia 1912 roku.

Jeden z nas próbował łowić dziś ryby jakimś starym dziurawym koszykiem. Wyglądał jak „Biedny rybak“ Puvis de Chavannes’a w Luxemburgu.

Czwartek.

Niema co jeść i niema co czytać. Czytam po raz dziesiąty u Bölsche‘go traktat o rozradzaniu się solitera... Cztery pokolenia, aby się odnowić... Niesłychane... [ 27 ]

Autor subtelnego „Gaju Akademosa“, słodki i dobry mój przyjaciel, pożera „Niezawodny sposób na zołzy“ (Gródek 1873).

Uważam dziś, że metody Marka Twaina mają więcej racji w naszem położeniu, niż metody Hamsuna. Cieszmy ha! ha! ha! jakie to wesołe...

— Barometr poszedł w górę! — krzyczy ktoś.

Zbiegli się wszyscy i patrzą, otwarłszy gęby: w istocie, barometr wskazuje „stałą pogodę“. Cieszą się, jak dzieci. Niech się cieszą, biedacy! Nie wiedzą, że będzie tę „stałą pogodę“ pokazywał przez dziesięć lat najmniej. Jakimś złamanym widelcem posunąłem wskazówkę... Niech mają przynajmniej iluzję, nieszczęśliwi...

Piątek.

Pozostały trzy kostki cukru w srebrnej, zamykanej na klucz cukiernicy, pół butelki piwa z Kałusza (!), trochę dermatolu i flaszeczka jodyny. Cóż lepszego jadła u Flauberta armja pod murami Kartaginy?

A jednak ja nie mogę umrzeć...

Boże! Boże!

Przecież nie znam zakończenia „Gwiaździstej nocy“ Juljusza Germana...

Tonąłem już u Kaprejskich skał, trząsłem się ze strachu podczas burzy na wysokości Jersey — i mam umrzeć pod Haliczem???

Sobota

Woda tuż pod progiem. Dziś w nocy widziałem, jak jeden z moich towarzyszów pisał coś [ 28 ]nerwowo, potem zaszył banknot dziesięciokoronowy za podszewką kamizelki. Więc to już tak?

Już nie widać nawet wierzb, nie widać nic. Trzy kaczki i jezioro, całkiem, jak na obrazie z Warszawskiej Zachęty.

Zdala nadpływa łódź, a wiosłuje Charon, stare bydlę.

— Nie zapomnij parasolki! — powiadam do niewiasty, gdyż myślę dziwnie jasno i staram się o niczem nie zapomnieć.

Tak, to był auction-bridge i śmierć nas przelicytuje.

I ja mam przyjechać na premjerę? Dawno się nie uśmiałem tak serdecznie.

A czyście widzieli śmiejącego się w agonji człowieka?

Przyjaciele! Posyłam wam uścisk dłoni...

Ostatni...







#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1929. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1953 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1929 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1929 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false