Tragifarsa bałkańska

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Huzarski
Tytuł Tragifarsa bałkańska
Pochodzenie A gdy zawieszono „Wolne Słowo”
Data wydania 1912
Wydawnictwo Leo Belmont
Druk Kaniewski i Wacławowicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Download as: Download as ePub Download as PDF Download as MOBI
Indeks stron
[ 9 ]

JERZY HUZARSKI.

Tragifarsa bałkańska.

Publiczność, mimo postępy pacyfizmu rozmiłowana w wojnie, głodna jej szczegółów — domaga się od prasy ścisłych informacji wojennych, a przynajmniej pewnej orjentacji, wskazówek, które umożliwiłyby jej ocenę odbywających się wydarzeń, sąd o postępach tej lub innej strony. Niestety, prasa ciemna jest, jak tabaka w rogu, i wie tyleż co i ogół, tyleż co nieboszczyk Sokrates, wie... iż nic nie wie. Prasa polska w szczególe. A przecież „Nowa Gazeta“, „Kurjer Poranny“, „Dzień“ posiadają „korespondencje własne“ i telegramy z Podgoricy, Berany, Konstantynopola, Sofji, Białogrodu, Pisztiny, Prevezzy i tylu innych miejscowości o dźwięcznych nazwach i strategicznem znaczeniu. Nadomiar korespondenci owi zajęli świetne posterunki obserwacyjne — ma się rozumieć w Udziałowej. Jednak nic nie wiedzą. I my wraz z nimi toniemy w otchłani ignorancyi.
 To też niełatwo się zorjentować wśród wieści, fabrykowanych przez Tartarinów we własnej osobie. Gdyż Czarnogórze, Turcja, Bułgarja, Serbja, Grecja — to bądź co bądź południe, a kto nie zna wybujałej fantazyi południowców — niech przeczyta Daudetowskiego Tartarina, a zrozumie... Zrozumie, że wieść o olbrzymiem zwycięztwie [ 10 ]Czarnogórców nad Turkami lub Turków nad Czarnogórcami, znaczy poprostu, iż gdzieś Czarnogórzec zastrzelił Turka, lub Turek zakłuł kindżałem Czarnogórca. Zrozumie, że dopóki wojska Słowian nie znajdą się w Konstantynopolu, lub tureckie w Sofji czy Białogrodzie — wieściom o świetnych marszach, zwycięztwach i t. d. wierzyć w pełni nie można.
 Ale historyczna lub polityczna strona wydarzeń obecnych tkwi nie w szczegółach, nie w losach poszczególnych bitew. Ona zawiera się w samym fakcie wybuchu wojny, w samym pożarze, który rozpalił się z tak błyskawiczną szybkością, w samym fakcie, że setki tysięcy ludzi wyrzynać się pójdą z takim zapałem... w cudzym interesie.
 Wojna bałkańska jest bowiem dla mocarstw Europy widowiskiem teatralnem, wyaranżerowanem i wyreżyserowanem we wszystkich szczegółach. Miała kilku reżyserów, którzy wzajem dopełniali się, cieniowali szczegóły, poprawiali się wzajem. Kto byli ci reżyserowie — zgadnąć nie trudno. W pierwszym rzędzie ci, którzy wpadłszy w afrykańskie gniazdo os, zwane Trypolisem, przekonali się, iż zbyt liczyli na swe słabe siły i, w porę przypomniawszy sobie, że są potomkami przebiegłego Machiavela, wymyślili tę szatańską dywersję, która dla nich już wydała znakomite owoce — w postaci dogodnego pokoju.
 Dalej, ci, którzy od pół wieku są fermentem Europy, ci, którzy czują, że zaciska się dokoła nich żelazna obręcz ogólnej wrogości, więc nie cofają się przed ni[ 11 ]czem, by obręcz ową rozluźnić, by zaabsorbować siły i uwagę antagonistów na dalekich polach Mandżurji, w stepach Mongolji, górach i dolinach bałkańskich.
 I ci, którzy czują, że nadszedł czas wzmocnienia prestige’u mocarstwowego, tak zachwianego klęskami militarnemi, osławionego porażkami dyplomatycznemi, nieustanną wojną wewnętrzną
 Dla owych potrzebnem było, by Turcy i Słowianie bałkańscy rzucili się sobie wzajem do gardzieli, trzebili się wzajem i niszczyli, tratowali wzajem swe pola, niszczyli handel, wyczerpywali swe słabe siły.
 Rzecz oczywista: powodów do nienawiści między Słowianami a Turkami niebrak. Toć przez długie wieki Turcy z okrucieństwem sprawiali rządy nad Słowianami, zaszczepili w nich taki ogrom nienawiści, że setki lat przejdą, nim dawne dzieje będą zapomniane. Toć od lat czterdziestu dawni niewolnicy urągają mocy swych niedawnych panów, boleśnie drażnią ich dumę — już samym faktem niezawisłego istnienia.
 Ale tego ognia nie starczyłoby do wzniecenia wielkiej pożogi wojennej, bo obie strony czuły swą słabość — państwową i finansową, bo przeszły twardą szkołę historyczną, w której nauczyli się cierpliwie czekać i głęboko ukrywać swe uczucia, pragnie nia.
 Lecz reżyserowie czuwali. Włochy i Rosja popychały Słowian i Albańczyków, Austrja i Niemcy podsycały płomień wśród Turków. Włochy: aby zawrzeć pokój; Rosja, aby swój prestige podnieść zwycięstwem pupilów bałkańskich, by ewentualnem zwy[ 12 ]cięstwem Słowian podsycić blady płomyk panslawizmu, by znaleźć odwet za dyplomatyczną Cuszimę z przed lat trzech.
 Austrja i Niemcy pamiętają, że na burzach, w których bezpośrednio nie brały udziału, korzystały zawsze najwięcej. Któż nie pamięta zarobków „uczciwego maklera“ pruskiego podczas cudzych zatargów, zdobyczy Austrji, osiągniętych bez przelewu kropli krwi w r. 1877-ym?
 I oto powód, dla którego tępić się będą ludy bałkańskie. Reżyserowie, którzy rozdali role, pomyśleli już o tem, aby aktorom nie przypadły, broń Boże, w udziale żadne zyski — terytorjalne, czy inne. Bo od tego są oni! Aktorom zaś wystarczą guzy i blizny! A więc żadnych zmian terytorialnych, żadnych zdobyczy dla którejkolwiek z wojujących stron! Tak postanowiły mocarstwa.
 Widowisko teatralne, tak starannie wyreżyserowane, w dzisiejszych czasach niepodzielnego panowania genre’u lekkiego musiało nosić charakter farsy.
 Komiczną farsą była postawa państewek bałkańskich, grożących, straszliwe wytrzeszczających oczy, pobrzękujących szablami, udających żywiołowe wybuchy, a jednocześnie przezornie oglądających się na reżysera — Europę, kiedy da znak do rozpoczęcia przedstawienia.
 Komiczną farsą była interwencja dyplomatyczna mocarstw, te noty, które — jak karabinierzy w operetce Offenbacha — przybywały zawsze zbyt późno, kiedy antagoniści stali już wobec dokonanych faktów i nie mogli się cofnąć.
[ 13 ] Komiczną farsą było wystąpienie królika czarnogórskiego, mającego pod swą władzą nie więcej ludzi, niż pięciu komisarzy policyjnych w Warszawie.
 Ale krew leje się. Muzyka wojenna gra. Setki trupów, tysiące kalek zalegają pola bitew.
 I to jedno nie jest farsą.
 Sądzę, że ten pogląd na wojnę bałkańską zawiera wyczerpującą odpowiedź na pytanie, nad którem zazwyczaj biedzi się prasa polska wobec każdej wojny: po czyjej stronie powinny być nasze sympatje?
 Oczywiście, zagadnienie to dla nas, obojętnych widzów zapasów świata, jest nawskroś akademickie, zaś „sympatia“ nasza nawskroś platoniczna. Chociaż „Kurjer Warszawski“ podczas wojny włosko-tureckiej z najpoważniejszą w świecie miną upewniał, że turkofilskie stanowisko prasy polskiej głęboko ubodło Włochów i wywołało wśród nich prąd antypolski, wobec czego „Kurjer Warszawski“ nawoływał do zmiany uczuć. Ale „Kurjer“ jest już po to „Kurjerem“, aby — jak mówią Francuzi brać pęcherze za latarnie.
 My, którzy złudzeń podobnych nie podzielamy, wiemy, że sympatje i antypatje prasy polskiej nie obchodzą absolutnie nikogo. Bo kiedy prasa francuska wyraża swe sympatje dla Słowian bałkańskich — to znaczy, że w ciągu dni kilku społeczeństwo francuskie zorganizuje oddział Czerwonego Krzyża, który w miarę sił i możności działać będzie wśród wojsk słowiańskich. Kiedy z kolei Piotr Loti i Klaudjusz Farrere ogłoszą płomienny manifest na rzecz Pół[ 14 ]księżyca, część prasy wraz z nimi zaprotestuje przeciw nie-chrześcijańskiej różnicy w miłosierdziu, zażąda utworzenia oddziałów Czerwonego Krzyża, które działać będą wśród wojsk tureckich. Ale kiedy prasa polska wyraża te lub inne uczucia — to znaczy poprosto, że przez czas pewien potoki farby drukarskiej niestrudzenie lać się będą. Lecz nie będzie ani czynu, ani podobieństwa czynu.
 Więc też nasze sympatje i antypatje mogą mieć znaczenie tylko nawewnątrz, jako pewien czynnik wychowawczy, jako propaganda wśród własnego społeczeństwa pewnych ideałów i koncepcji.
 Podczas wojny obecnej w grę wchodzi koncepcja praw historycznych. Boć ziemie zajęte obecnie przez Turcję — te ziemie zagrabione przez nich przed wiekami, to dawne Byzancjum Sam Konstantynopol jest przecież dawną Stolicą Państwa Wschodniego, ogniskiem cywilizacji bizantyńskiej. Ba, nawet wielka świątynia mahometańska jest przecież arcydziełem architektury bizantyńskiej, świątynią św. Zofji, wzniesioną za rządów Justynjana.
 Oczywiście oficjalne prawo międzynarodowe drwi z podobnych praw historycznych. Bo w prawie międzynarodowem dogmatem jest właśnie to, co prawo cywilne uznaje za bezprawie. Układ zawarty pod przymusem — oto alfa i omega prawa międzynarodowego. I z chwilą gdy ustaje ów przymus, gdy słabnie miecz, prawo to podtrzymujący, pryska ono jak bańka mydlana. Traktat frankfurcki jest póty obowiązującym, dopóki istnieje ważki miecz [ 15 ]germański, stojący na jego straży. Przestanie obowiązywać, gdy nowy Brennus gallski rzuci na szalę miecz cięższy.
 I wobec tego „prawa“ chimerą są prawa historyczne Niemców lub Francuzów do Alzacji czy Lotaryngji.
 Natomiast liczyć się z niem musi sumienie społeczne. Ono z kolei drwi z „prawa“, które nabył zdobywca, przykładając zwyciężonemu miecz do gardła. Ono zawsze uzna prawo Francji do Alzacji i Lotaryngji, prawo Węgrów, Czechów i wszystkich wyzutych z praw narodów do swej ziemi.
 Czy wynika ztąd jednak, że Grecy mają niezaprzeczone prawo do Konstantynopola, który ongi do nich należał? Przenigdy! Bowiem prawo historyczne posiada również przedawnienie i posiadać je musi, jeśli historja nie ma być wiecznym powrotem do dawno przebytych etapów. Tylko że o przedawnieniu tem decyduje nie ilość ubiegłych lat lub stuleci, lecz jedynie istotny stan rzeczy, zrodzony z warunków historycznych.
 Alzacja, choć niewątpliwie ongi niemiecka, nie może być przyznana Niemcom na mocy praw historycznych, bo stosunkowo krótki okres panowania Francuzów uczynił mieszkańców jej Francuzami, dzięki pokojowym zdobyczom kultury romańskiej. I dziś, gdy są oni patrjotami Francji, nonsensem byłoby uznawać za legalną władzę Niemiec na tej podstawie, że nim zabrała Alzację Francja, była ona ziemią niemiecką. Tu nastąpiło przedawnienie historyczne i władza Niemiec tylko na mieczu, to zna[ 16 ]czy zlegalizowanem bezprawia opierać się może. A przecież upłynęło tu mniej czasu niż na Szląsku, który od wieków do Niemiec należał, a przecież jest polskim, przecież nie przedawniły się tam historyczne prawa polskie, bo ludność jest tam dziś polska. I, przeciwnie, za przedawnione uzna każdy prawa Słowian do ongi słowiańskiego terytoryum Berlina, bo dziś jest on niemiecki nietylko oficjalnie, lecz z ducha i charakteru ludności.
 Z tego punktu widzenia historyczne prawa Greków do Konstantynopola są żadne, bo dziś są to kraje tureckie, przez Turków zamieszkałe, tureckim duchem przejęte.
 I dlatego jakieś sympatje antytureckie, oparte na podstawie praw historycznych wojujących stron do obecnego terytorjum tureckiego byłyby zgoła nielogiczne.
 Jeśli nieuniknionem jest, byśmy wobec wojny obecnej stanęli na jakiemś stanowisku, wyrażali jakieś — oczywiście najzupełniej platoniczne uczucia, możemy mieć tylko jedno.
 To, które płynie z przekonania, że strony wojujące są aktorami w wyreżyserowanej przez Europę tragi-farsie, że pchane przez innych, dla ich dobra zubożają swe ubogie ziemie, niszczą słabe siły, przelewają krew.
 Uczucie głębokiego współczucia, zarówno względem Słowian, jak i Turków, litość dla biednych pajaców, tragikomicznie podrygujących na sznurku, targanym przez niewidzialne ręce Europy.




#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1929. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1953 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1929 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1929 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false