Zmierzchem i jesienią/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold Staff
Tytuł Zmierzchem i jesienią
Pochodzenie Sny o potędze
Data wydania 1909
Wydawnictwo Księgarnia Polska B. Połonieckiego / E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały tomik
Indeks stron

[ 23 ]ZMIERZCHEM I JESIENIĄ



[ 25 ]ZMIERZCH.

W więdnieniu świateł całowanych mrokiem
Przekwita niebos lazurowy sen...
Z przepastnych jarów tajemniczych den,
Owiana marzeń milczącym urokiem,
Na stopach wilgnych srebrem ros, przybywa
Pani wieczorów senna i płochliwa,
Rozbudza wonie westchnieniem głębokiem,
Rozwłócza szary, cichy zmierzchu len,
Staje nad szybą toni wód najgładszej
I duszą własną rozmarzona patrzy,
Jak w wód głębinie całowanej mrokiem,
Przekwita niebios lazurowy sen.

Dziewica biała, dobra Matka Zielna
Śni się marzącym woniom śpiących ziół.
Z schylonych kwietnych, balsamicznych czół
Modlitwa, wonną tęsknotą kadzielna,
Wzywa wieczorów Pani białolicej,
By wiodła zioła dłonią przewodnicy
Do Tej czekanej. A ona, weselna
Nadzieją, kwiaty zwołuje z wszech siół

[ 26 ]

I wiedzie długie kwiecia korowody
W dal na spotkanie ich Królowej młodej,
W dal, gdzie powita dobra Matka Zielna
Marzące wonie roztęsknionych ziół.



[ 27 ]MELODYE ZMIERZCHÓW.

 Autorowi „Melodyi Mgieł”
 К. TETMAJEROWI.

 
Porzućmy groty głuche, gdzie dzień nas zepchnął złoty,
Na świat biegnijmy, chyże na ziemię zwróćmy loty!
Zapada jasne słońce. Szybko jak błyskawice,
Lećmy dłoniami mroku zakryć słońcu lice,
W przepaści je zepchniemy, na złoty pył potłuczem
I wzlecim popod niebo żórawi ciemnych kluczem.
Potem się rozpierzchnijmy na wszystkie świata strony
I cicho rozwiewajmy zmierzchowych szat welony.
 
Obleczmy w czarny jedwab jeziora szybę gładką,
Biegnijmy czoła szczytów obrzucać cieniów siatką,
A gdy spotkamy słońca promień lub blask zbłąkany,
Tropmy go przez gór grzbiety, lasy i śpiące łany;
A gdy ścigany w wody zwierciadło ciemne wpadnie,
Gońmy go wśród fal cichych i w muł zagrzebmy na dnie;
Gdy w jar się skryje, wpędźmy w najgłębsze go szczeliny
I zasnuwajmy szarą tkaniną pajęczyny.

Leśmy wiotkie i ciche w sioła, w uśpione chaty,
Z serc ludzkich smutków gorzkich wykradać plon bogaty

[ 28 ]

I po błękitów bladej rozrzućmy je roztoczy,
Aż od nich całe nieba sklepienie się zamroczy.
Potem znużone, senne, milcząco i powoli
Połóżmy się, by spocząć, w bruzdy zoranej roli
I patrzmy, jak noc idzie siać ziarna gwiazd złociste,
Z których dla marzycieli wzrosną snów kwiaty czyste.



[ 29 ]PRZYCHODZI DO MNIE NOCĄ...

Przychodzi do mnie nocą, bierze mię w ramiona
I jest mi dobrze, cicho, choć nie wiem, kto ona...
 
Mówi, że są podniebne zawrotne przełęcze,
Gdzie stopy tylko jasne opierają tęcze;
 
Że w skalne pustki schodzi głusza taka cicha,
Że słychać, jak rozgrzany głaz żar słońca wdycha;

Że pomiędzy leśnymi, dzikimi wykroty
Spoczywa zakopany tajemnie skarb złoty;
 
Że są wody umarłe pod zieloną pleśnią
W ostępach tak zapadłych, że o wichrach nie śnią;
 
Że nocą ponad ciemne, grzązkie trzęsawiska
Błękitny lata ognik, migota i błyska;
 
Że nie wszystko odarto z tajni i uroku
I jest gdzie duszą błądzić o wieczornym zmroku.

Szeptem swym mnie usypia u białego łona
I jest mi dobrze, cicho, choć nie wiem kto ona...



[ 30 ]SEN NA SKRZYDŁACH ZMIERZCHU.

Gdy myśl, jak lotem strudzona mewa
Bezsilnie spada, gaśnie, omdlewa,
W miękkie uciszeń tulę się szaty,
Zasłaniam okna mojej komnaty,
Pogrążam duszę w półmroku tonie
I piję róż mych głębokie wonie,
I przywołuję w mrocznię swą miłą
Wszystko, com kochał, co mnie pieściło.
 
Budzi się wszystko, co tajemnicze,
Co ma nieznane, dziwne oblicze
I co pierzchliwe i co przelotne,
I jak przeżyty dzień niepowrotne.
 
Przychodzi wszystko, co w świetle pierzcha:
Rozlewna tęskność, gdy niebo zmierzcha;
Snu ręce mgliste, lekkie, kładzione
Na oczy jawą cierpką znużone,
Wszystko, co dziwne, zciszone, senne,
Co ma głębokie oczy bezdenne;
Wszystko, co stąpa cicho i trwożnie,
Palec na ustach kładąc ostrożnie.

[ 31 ]

Budzi się wszystko, co tajemnicze,
Co ma nieznane, dziwne oblicze
I co pierzchliwe, i co przelotne,
I jak przeżyty dzień niepowrotne.

I co motylich pyłków ma zwiewność,
Drażni ciekawość, nieci niepewność,
Ma czar subtelny misternych tkanek
I koronkowość srebrnych firanek:
Złote brzęczenie pszczelich skrzydełek;
Wodno-tęczowych niestałość szkiełek,
Gdy oczka mokrych zasklepią sieci;
Wszystko tak wątłe, jak wśród zamieci
Zimowej, płatek śniegu, co niknie
Nim do promienia słońca przywyknie.

Budzi się wszystko, co tajemnicze,
Co ma nieznane, dziwne oblicze
I co pierzchliwe, i co przelotne,
I jak przeżyty dzień niepowrotne.
 
...Z za drzwi zamkniętych melodya cicha
Lutni dolata. Tęskni i wzdycha
Hołd pazia u stóp królowej wygran.
Cyzelowany pięknie filigran
Rodzi gdzieś w myśli mistrza ta nuta,
Jak złotniczego miękki takt dłuta,
Takt z srebrnem pasmem melodyi splecion,
Gzieś z czarodziejskich przędzionej wrzecion.

[ 32 ]

Budzi się wszystko, co tajemnicze,
Co ma nieznane, dziwne oblicze
I co pierzchliwe, i co przelotne,
I jak przeżyty dzień niepowrotne....
 
..Znalazłszy cudów cud, kwiat paprotny
W śpiącego boru gęstwie samotnej,
Rusałka w nagiej krasie swej młodej
Leci świetlana na jasne gody
Swoich z księżycem białym zaręczyn,
Na blasku z srebra tkanych pajęczyn.
Do nagiej piersi jej bladolica
Tuli się paproć: moja tęsknica.



[ 33 ]PRZYGNĘBIENIE.

Zmierzch melancholią szarą spływa...
Senność powieki moje klei,
Pełen znużenia, bez nadziei,
Chcę spać bez marzeń i rojenia...
Gdzieś płacz sierocy się odzywa...
Chcę spać... Myśl jakaś pośród cienia
Błądzi, sen mąci mi, przerywa,
Ciągła, natrętna, uporczywa...

Światłość dnia blada dogorywa,
Światłość omdlała i znużona...
Zraniona łania kędyś kona
W śmiertelnej ciszy mrocznej kniei...
Litości niemem okiem wzywa...
Jestem znużony, bez nadziei...
Chcę spać... Sen mąci mi, przerywa
Wciąż myśl natrętna, uporczywa...
 
Zmierzch melancholią szarą spływa...
Senność powieki moje klei...
Znużony trudem, bez nadziei,
Błądzi wędrowiec mroźną nocą.

[ 34 ]

Pustka bezludna wkrąg, nieżywa...
Mróz zgnębi go swą twardą mocą...
Chcę spać... Sen mąci mi przerywa
Wciąż myśl natrętna, uporczywa...



[ 35 ]SMUTEK.

Znużone zmierzchy, świateł łkające agonią,
Przykryły oczy moje bladą szarą dłonią,
Otulają mnie ciszą znieczulenia mglistą
I dają takie tkliwe i miękkie pieszczenia,
Jak kochanka śmiertelnie chora, gdy wśród drżenia
Spragnionych ust przeczuwa rozłąkę wieczystą.

Martwa pustka i ciemne chmury, gdzie wzrok sięga.
Wszystko się we mnie wali, zmierzcha i rozprzęga...
Czy to niemoc jesienna, beznadziejna, starcza
Osłabłe skrzydła moje ołowiem obarcza?
Czy to już starość po mnie przyszła?... Już?... Tak
 wcześnie ?...
Kiedy przyszła?... Gdym przestał czuwać?... Kiedy?...
 We śnie?...
Wszystko tak dziwnie inne, takie odmienione...
Prawdą-li to, żem niegdyś marzył sny szalone?
Rojenia me płomienne, zuchwałe, niesforne
Ktoś pognębił, podeptał, aż padły pokorne,
Złamane na kolana i szatę pokutną
Przywdziały i odeszły gdzieś w dal... Jak mi smutno...

Jak wszystko odmienione... Przystań morskich szlaków
Bezbrzeżnych — pełna smutnych, pobladłych rybaków,

[ 36 ]

Którzy na brzegu płaczą pereł zaginionych.
Nie widzę niecierpliwych łodzi burz spragnionych,
Rwących się wichrem żagli na grzmiące odmęty
Z płomieniem żądzy zwycięstw, z łon męskich po-
 czętej...
Na skrajach lasów ludzie stanęli bezradnie
Z głowami zwieszonemi na piersi bezwładnie;
Przestali wierzyć sercu i tęsknoty marom,
Nie roją, o wydarciu skarbów leśnym jarom...
Słychać poddańcze pieśni otroków bożyszcza,
Co wieże dumnej pychy zamienili w zgliszcza:
W proch i popiół pokory i w swych świątyń ciemni
Padli na twarz struchlali, ugięci, nikczemni!...
Kędyż butna przechwałka śmiałków, którzy drogom
Ludnym wieszcza, że idą ogień wykraść bogom?...
Ujścia rzek lecą, w morze wśród głuchego łkania...
Beznadziejnymi jęki wiecznego konania
Zawodzi ciemna rozpacz i smutek bezkresny
Rozpłakanych delt rzecznych, mrących wśród bolesnej
Skargi fal w morzu...
 Wszędzie kres...
 Kędyż kraina
Ożywczych źródeł, która odradza, poczyna?...
Padły odwiecznie stare, tysiącletnie bory...
Na kłodach drzew zwalonych dzikimi topory
Siadły wichry, jak mnichy ponure przy marach
I grają na zrąbanych drzew uschłych konarach
Posępną pieśń ginących, zmierzchających czasów,
Żałobną pieśń konania starych puszcz i lasów...

[ 37 ]

Wszystko tak odmienione, inne... Jak mi smutno...
Wszystko zmierzcha i gaśnie i w gruz się roztrąca...
Ktoś idzie... Żałobnicy niosą czarne płótno...
Całun mi niesie trwoga i troska trująca...
Czy to już koniec?... Koniec wszystkiego?... Ktoś
 płacze...
Cicho! Cicho!... Kto płacze?... Za mną?... Czy na-
 demną?...
Czy płacze, że już koniec?... Nie widzę nic... ciemno...
Gdzieś w zwalonych ruinach puhają puchacze....
Nadchodzi czarna, głucha noc...



[ 38 ]STRASZNA NOC.

Czasem zapada straszna noc, głucha, upiorna,
Noc beznadziejna, sina i grozą potworna...
Świat odrętwiały ciszy bezdusznej milczeniem
Śpi pod snów ołowianych tłoczącem brzemieniem...
Gwiazdy w górze lśnią martwe i zimne boleśnie,
Księżyc, jak biała bryła lodu, skostniał we śnie...

Czasem zapada straszna noc, upiorna, głucha...
W noc taką jęk topielic z toni rzek wybucha;
Rosa w kwiatach w jad zmienia swą ożywczą siłę
I kwiaty więdną chorą trucizną opiłe;
Kruk kamienną, grobową ciszą przerażony
I trupim blaskiem nocy, w śpiących lasów strony
Porywa się i czarnem skrzydłem załopoce
I leci skryć się w ciemną gąszcz... O, straszne noce...

A bladzi ludzie w taką noc o śmierci roją,
A ci, co marzą, silniej drżącą dłonią swoją
Cisną serce tętniące w piersi nazbyt głośno;
Ci, co wiedzą, że dzisiaj snem cichym nie posną
I czoło rozpalone wspierają na dłoni,
Czują rosę zimnego potu na swej skroni;

[ 39 ]

Ci, którym duszę ciemną, krwawa zbrodnia plami,
Z posiwiałymi ze snu budzą się włosami...
 
Głodne psy wyją włócząc się zgrają tułaczą,
A małe dzieci strachów się boją i płaczą...
Gdzieś w ciepłej izbie ludzie siedzą przy kominie:
Nikt nie waży się przerwać milczenia, jedynie
Matka oczy na ścianę obróci bezwiednie,
Spojrzy i szepnie „Zegar stanął” i poblednie
I wszyscy zimnym dreszczem wstrząsnęli się trwożnie,
A dziewczęta poczęły się żegnać pobożnie...
W noc taką gdzieś starucha dźwiga się z barłogu
Chora i drży, czy śmierć już nie stoi u progu
I trwożna chce odegnać bliską chwilę zgonu
I zamawia chorobę czarem zabobonu.
W taką noc matkę słabą, wynędzniałą, głodną,
Czarne rozpacze pędzą ponad topiel wodną:
Z rozwianym włosem, z dziećmi ponad wodą kroczy
I płaczącym biedactwom zawiązuje oczy,
Błądzi po stromym brzegu, w północnej pomroce,
Szukając głębi... Straszne, beznadziejne noce...
 
A gdy dzień wyrwie ludzi z nocnych mąk otchłani,
Budzą się smutni, chodzą bladzi, obłąkani,
Jak gdyby jakimś ciężkim przytłoczeni ciosem
I słuchają złych wieści, szeptanych półgłosem:
Że chłop ślepego ojca udusił pod lasem,
Aby dobytek jego zagarnąć przed czasem;
Że śmierć była tej nocy u pięknej dziewczyny,

[ 40 ]

Co wiła sobie wianek dziś na zaślubiny.
Że niewiasta, co Boga prosiła gorąco
Długie, bezdzietne lata o płodność rodzącą,
Aż w końcu się poczuła matką wysłuchana,
Powiła płód nieżywy... Nie zbłagała Pana...

Czasem zapada straszna noc, potworna, głucha...
Strwożeni, słabi starce z tchem oddają ducha...
Nikt nie klnie, bo się korzy przed Nieznanym z trwogą—
Nie modli się, by nie kląć skargą nieprzytomną
I tylko gwiazdy modlą się ciszą ogromną...

O, że się jasne gwiazdy wtedy modlić mogą!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
O co się zimne gwiazdy wtedy modlić mogą...



[ 41 ]MELANCHOLIA.

Nagie, odarte z zwiędłych liści drzewa
Sterczą ku niebu milczacą rozpaczą.
W dali nurt stawu głucho się przelewa,
Szuwary jakąś skargą łzawą płaczą
I ciemny leku dreszcz przebiega łozą
A szare niebo głuchą wieje grozą.

Wichry w konarach jak kruki łopocą,
Jak widmo czarne, co nad światem leci...
Trwoga mię chwyta posępna przed nocą:
Ojca dziś z chaty wypędzą złe dzieci,
Duszę omami chłopcu dziwożona,
I piękne, dobre dziewczę cicho skona.

Grobowe duszę mą spowiły ciemnie
I coś w niej krzykiem pożegnania jękło!
Coś kojącego ucieka odemnie
I coś, co wiąże mię z światłością, pękło.
Zda się, że mara mego szczęścia blada
Za widnokręgiem gdzieś szarym przepada.

Bezdeń się jakaś niema wyotchłania
I duszy mojej swe głębie otwiera,

[ 42 ]

Pełne rozpaczy tłumionego łkania.
I beznadziejnym smutkiem pierś ma wzbiera,
Jak kiedy Bóg mój o świetlistej twarzy
Konał pod gruzem zwalonych ołtarzy...
Z otchłani blade wyłonią się mary
I nieme wirem szalonym się toczą.
W oczach im obłęd siadł bezmyślny, szary,
W spazmach przerażeń chwytają się, tłoczą
I znów bezsilnie senne głowy kłonią
Gnane, pędzone ponad ciemną tonią.
 
Spiekłe wychudłą pierś im krwawią rany,
Znużone ręce zwisają bezwładnie.
I leci orszak omdleniem pijany,
Zawrotnem kołem szału mnie opadnie
I nocą mroków oczy me zamąca
I w wir swój chwyta, w czarną otchłań strąca.

Mar rozpasana porywa mię rzesza
I zalewają mię szarych wód męty...
Chaos obłędu myśli moje miesza...
Czarny ocean pochłania mię wzdęty...
Strop szary wali się w toń mórz bezdenną!—
...Świat skrzepnął w pustkę rozpaczy kamienną...



[ 43 ]JESIEŃ.

 
Rozełkała się jesień łzami dżdżu mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany...
Ucichło we mnie wszystko, padło w mrok podziemi,
Drzwi, co w świat czucia wiodą, głucho się zawarły,
Jestem jak serce gwiazdy wystygłej, umarłej,
Gdzieś dawno przed tysiącem wieków zapomnianej.

Na rany duszy kładzie mgła wilgotne płótna,
Co koją ból. Usnęła pamięć i sumienie.
Jest mi jak gdyby nigdy troska, ni myśl smutna
Nie była duszy biczem, ni ogniem, co pali.
Dobrze jej w znieczuleniu... Niech śpi! Ból hen —
 w dali.
Niechaj nie wstaje słońce — bo cichsze są cienie...

A teraz tylko cienia pragnę, tylko ciszy,
By się nie zbudził potwór ciemny i ponury,
Co duszy mej widnokrąg zaległ. Gdy usłyszy
Dźwięk, gdy go zbudzi blask, zwraca swe lice
Ku mnie i z oczu krwawych ciska błyskawice,
Śmieje się gniewnie, jakby grzmot przebiegał chmury.

[ 44 ]

Woła szyderczo, świecąc ślepi szkliwem białem,
Żem grzechy swe miast zabić, stroił w tęcz odzienie,
Że miałem iść przez ciernie, a ja — tchórz — zostałem,
Żem wielkich pragnień ptaki zabił podłą dłonią,
Co wyrzut mają w oczach mrąc, lecz się nie bronią...
Niechaj nie wstaje słońce — bo cichsze są cienie...
 
Teraz śpi potwór. Jesień płacze łzy mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany...
Ucichło we mnie wszystko, padło w mrok podziemi,
Drzwi, co w świat czucia wiodą, głucho się zawarły.
Jestem jak serce gwiazdy wystygłej, umarłej,
Gdzieś dawno przed tysiacem wieków zapomnianej.



[ 45 ]SŁOTA.

Deszczem mży brudna, nudna słota,
Miarowo pluszcze i chlupota
W rytm nieustanny, monotonny,
Jakby żebraka jęk przedzgonny.
Wszystko oblepia mokra chmura,
Szara, wilgotna mgła ponura...
Sennym chlupotem mży szaruga
Leniwa, ociężała, długa...

Nad wodą szarą, mętną, brudną,
Rozlaną w bezbrzeż hen bezludna,
Na dżdżu potworek siedzi mały,
Topielczyk wodą napęczniały.
Głowa pożółkła, duża, blada,
Sennie na piersi mu opada,
Jego bezmyślne tępe oczy
Błądzą po chmurnych wód roztoczy.
I osowiały wielką tonią,
Uderza w wodę płaską dłonią
I pluszcze, chlapie w wodę mętną,
A deszcz melodyą mży natrętną.

[ 46 ]

Padają zwolna krople duże
W siwe rozmokłych błot kałuże,
Sączą się po zczerniałym murze...
O rynny tłuką nieskończenie
I rozlewają wkrąg znużenie
I obojętne odrętwienie...

Bez końca sennie i miarowo
Deszcz pluszcze ponad moją głową,
Kapie, chlupota gdzieś koło mnie...
Marzę coś sennie, nieprzytomnie...
Na brzegu wody nieskończonej,
Nudą szarugi odrętwionej,
Myśl moja pada, mdleje, drzemie...
Krople dżdżu lecą na me ciemię
Bez końca, sennie i miarowo...
Topielczyk usiadł nad mą głową,
Podnosi łebek swój leniwy,
W oczach mu ognik gra złośliwy.
Trucizną zgniłych wód nadęty,
Patrzy obłędnie uśmiechnięty
I ku bezmyślnej swej igraszce,
Po obolałej mojej czaszce
Uderza żółtą, płaską dłonią
W takt kropel deszczu, które dzwonią,
Lecąc miarowo w wodę mętną,
Melodyą nudną i natrętną.



[ 47 ]REGINA AUTUMNI.

Przez ugory, przez puste, opuszczone łany
Idę w posępnej, szarej, powłóczystej szacie
Z lnu tęsknot beznadziejnych i długich utkanej
Przez siostry chmur, przez troski, bezmowne postacie,
Co snują się w mgłach zmierzchu omdlałe z znużenia
I przędą nici z nocy ogłuchłej milczenia,
Ze smutku wód zmąconych i z siwego szronu,
Co warzy róże wątłe, ostatnie, jesienne.
Oczy me patrzą łzawe, blade, bezpromienne,
Jak słońce, kiedy kona wśród mgieł nieboskłonu,
A włosy mi rozwiewa wichrów szum i groza,
Włosy, które żałobnie pleść mnie uczy brzoza.
Oto idę i niosę zimny śmierci sen,
 Sen głuchy, sen kamienny...
 
Oto idę, królowa pochmurnych niebiosów,
Pluszczących dżdżów, łez, istot żegnających życie,
Szumem bezlistnej gąszczy rozełkanych głosów,
Pani gniazd, które burzy nocnych wichrów wycie,
Królowa mrących liści i ciemnych rozpaczą
Pieśni, które łabędzie konające płaczą,
Oto idę i niosę zimny śmierci sen,
 Sen głuchy, sen kamienny...

[ 48 ]

Na łono chmur posępne, mrokami ciężarne,
Kładę swe myśli głuche, ołowiane, czarne,
By je wykołysały wichry i wyżyny.
A potem je na dusze długo czekające
Mgłą przygnębienia rzucam, na dusze tęskniące,
By beznadziejne z wyżyn im niosły nowiny...
I kiedy z serc złamanych — dziecięco i szczerze
Płyną, rozpacznie ciche poddania pacierze,
Wtedy im niosę zimny śmierci sen,
 Sen głuchy, sen kamienny...
 
Idę wciąż naprzód, wzniosła, chmurna, bladolica,
Piękna pięknością, niemą, lodową mogilną
I sieję znieczulenia tesknotę bezsilną....
Wkrąg pusta, zimna martwej przyrody kostnica...
Czemuż nieść muszę zimny śmierci sen,
 Sen głuchy, sen kamienny...



[ 49 ]ZAPOMNIANE SŁOWA.

Kiedy przyszedłem na ten świat posępny, mroczny,
Jak okręt z mórz bezdennych do nudnej przystani,
Zapomniałem słów jakiejś mowy nadobłocznej,
Której mnie uczył wielki Bóg tajnej otchłani.
Nie tych słow, co z ust brata lub kochanki słyszę,
Lecz słów, któremi mówię z brzozą rozpłakaną,
Gdy rozpuszczone włosy na wietrze kołysze;
Któremi mówię z zorzą, gdy z grzywą rozwianą
Promieni o zachodzie ucieka w bezbrzeża;
I z posągami, które nad śpiącą aleją
Parku, nocą, marmurem swoich ciał bieleją,
Kiedy je księżyc srebrem swych blasków wyśnieża.

I nie mogę zapytać rozpłakanej brzozy,
Po czem łka, po czem szumi żalem pełnym grozy;
I nie mogę, zapytać zorzy szczerozłotej,
Dokąd ucieka, dokad ją pędzą tęsknoty;
I nie mogę zapytać posągów z kamienia,
Jaką ich białe łono kryje tajemnicę
Pośród marmurowego zimnych ust milczenia
I w jaką dal wpatrzone ciągle ich źrenice.

[ 50 ]

A i ja płaczę za czemś, co nigdy nie było
I o czem, że nadejdzie, nikt nie niesie wieści;
A i ja chcę odlecieć tęsknot moich siłą,
Lecz nie wiem dokąd; także w mej piersi się mieści
Ukryta tajemnica, której nie znam treści.
 
I nigdy dusza moja o tem się nie dowie
W cichej z zorzą, posągiem i brzozą rozmowie.
 
Bo gdy przyszedłem na ten świat posępny, mroczny,
Jak okręt z mórz bezdennych do nudnej przystani,
Zapomniałem słów jakiejś mowy nadobłocznej,
Której mnie uczył wielki Bóg tajnej otchłani.
Nie tych słów, co z ust brata lub kochanki słyszę,
Lecz słów, któremi mówię z brzozą rozpłakaną,
Gdy rozpuszczone włosy na wietrze kołysze;
Któremi mówię z zorzą, gdy z grzywą rozwianą
Promieni o zachodzie ucieka w bezbrzeża;
I z posągami, które nad śpiącą aleją
Parku, nocą marmurem swoich ciał bieleją,
Kiedy je księżyc srebrem swych blasków wyśnieża.



[ 51 ]ZABITE DRZEWO.

Z ciemnych mojego lasu drzew jedno najcichsze
Ukochałem, najbardziej smutne i najwiotsze:
Brzozę, co nie szumiała w najszaleńszym wichrze,
Zawsze niema, choć wiatru wiew się o nią otrze.
 
Wszystkich innych drzew znałem najlżejsze poszumy,
Tylko to jedno tajni swej mi nie otwarło...
Próżno je ma tęsknota wśród bladej zadumy
Oplata, by w niem duszę ożywić zamarłą.
 
Nie wiał wicher, któremu obudzić je dano...
I gniew wstał we mnie... Dłońmi chwyciłem włos
 brzozy
I targnąłem, by wydrzeć choć skargę, jęk grozy...

Milczała... Mocą dziką, szaleństwem wezbraną,
Połamałem ją... — Leży zabita mą dłonią...
Nie wyszumiała tajni swej... A wichry gonią...



[ 52 ]BYŁO TO WE ŚNIE.

 
Było to we śnie —
Może nie we śnie...
W szarej godzinie, zasnutej mrokiem,
Cień do mnie cichym zbliżył się krokiem
I szeptał takie dziwy tajemne,
Jakich nie znają otchłanie ciemne.
Tajniki światów, głębie me własne
Już mi się zwolna stawały jasne,
Wytłumaczone cichą rozmową;
Już chwycić miałem nić nieujętą,
Gdy cień znikł jakąś mocą zaklętą,
A w mej komnacie w mrok nad mą głową
Niedomówione skryło się słowo...
Było to we śnie —
Może nie we śnie...
Gdzieś w zamek lśniący złota ozdobą,
Cień jakiś blady wiódł mię za sobą
I przez krużganki ukryte w cieniu,
Z latarką w ręku wodził w milczeniu.
Kolejno cudne oświecał sale,
Przepychem skarbów skrzące wspaniale...
Lecz w progu izby, gdzie śpi królewna,

[ 53 ]

Zagasła nasza złota latarnia
I noc me oko mrokiem ogarnia...
Choć za mną sala światłem rozlewna
W mrok wciąż ma dusza wraca niepewna...
Było to we śnie —
Może nie we śnie...
W szarą godzinę myśli me senne,
Marzące rzucam w zmierzchy bezdenne.
I gdzieś daleko nad wodne głębie
Jak zamyślone lecą gołębie,
Lecą pędzone wichrem tęsknoty
I odnajdują zamek mój złoty...
Mijają okna światłem złocone,
Aż przy ostatniem, ciemnem, odpoczną
I długo patrzą w komnatę mroczną,
By znów odlecieć w mroków oponę,
Odnaleźć słowo niedomówione...
Było to we śnie —
Może nie we śnie...



[ 54 ]W NOCE BEZSENNE.

W noce bezsenne
Otwórz swej duszy złote podwoje,
Niechaj w nie wejdą bladych mar roje.
W noce bezsenne
Snuć ci przychodzą przeczuć przędziwo,
Wieścić cud nowy, nieznane dziwo,
Tajemne głębią, tajnią bezdenne,
A tyle mają nowin i wieści —
Więc otwórz duszę, słuchaj ich treści,
Bo krótkie jest życie
 I krótkie są noce bezsenne.

W noce bezsenne
Stań przy swej duszy wrotach na straży,
Gdzie rój mar dziwy nieznane gwarzy
W noce bezsenne.
Bo jeśli spłoszą je czyje ręce,
Znikną milczące, nie wrócą więcej,
Jak mgieł opary białe, wiosenne...
A tyle niosą nowin i wieści —
Wiec otwórz duszę, słuchaj ich treści,
Bo krótkie jest życie
 I krótkie są noce bezsenne.



[ 55 ]MODLITWA.

Chroń, Panie, wątłą mojej duszy zieleń
Od podeptania i martwych spopieleń,
Abym wśród życia Ostatniej Wieczerzy
Czuł jej aromat balsamiczny, świeży.

I niech rozpięty na Krzyżu konania,
Nie widzę słońca, co w pomrok się skłania,
Lecz niech mi wiara, Matka Boleściwa,
Wskaże dal, gdzie się świt nowy odkrywa.




#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1929. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1953 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1929 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1929 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false