W cieniu miecza (cykl)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold Staff
Tytuł W cieniu miecza
Pochodzenie W cieniu miecza
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Druk Zakłady graficzne „Bibljoteki Polskiej“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały tomik
Indeks stron
[ 141 ]

W CIENIU MIECZA




[ 143 ]SERCE KORSARZA.



Nie będzie serce moje leżeć w ziemi
— Serce korsarza dzikie, koczownicze —
Pod brzóz płaczących gałęźmi zwisłemi.
Ziemia jest czarna, jak strachu oblicze,
A serce moje, serce jest czerwone,
Jak dzień zwycięstwa i błyskawic bicze.
Ziemia uległa, a serce szalone,
Jak noc miłosna po długiej tęsknocie.
Ziemia jest ciężka, jak dzbany łez słone,
A serce skrzydła swe prześciga w locie.

Ty, morze, weźmiesz je w czyste swe fale,
Co w niezbadanym, otchłannym odmęcie
Chowasz czerwone, jak serce, korale
I perły skryte pod muszel pieczęcie;
Co w grozie gniewu i pieszczot powabie,
W kołysie miękkim i wichrzyc rozpęcie
Niesiesz przez śniegi pian i fal jedwabie,
Na bój pod skrzydłem wzdętych żagli złotem,
Moje drapieżne piraty korabie
W przystanie gnuśne, jak wąż pod wykrotem.

Przez nie, spodlone grody i zatoki,
Wzgardziłem ziemi znikczemniałym lądem,
Czyniąc, jak czyni srogi pan z otroki,

[ 144 ]

Co serca zdrowe całują ust trądem:
Spadam, jak wyrok, nocą w ich przystanie
I karzę ognia i grabieży sądem,
A skarb złupiony ciskam w zgliszcz konanie,
Bo nic godnego mnie niema w ich mieniu,
Mnie, co mam święte twe, morze, otchłanie,
Klejnocie w ziemi najdroższy pierścieniu.

Złoto w żar ciskam: niech czyści się w żarze,
Bo ich ugiętych czół było obręczą;
Srebro — bo było krawędzią w puharze
Dla ust, co, blade, przysięgą nie ręczą
Za śmiałość miecza; bisior — bo krył łona,
Co nagie winny być dla ran; pajęczą
Tkań złotogłowu, bo na nim uśpiona
Skroń spoczywała, kiedy tysiąc czynów
Czekało, niby dla rąk winne grona,
A w chłodnych gajach dla czół liść wawrzynów.

Przekleństwem ziemi trwoga i nadzieja!
Upadla ludzi nadzieja i trwoga!
Lęk i strach nocą powiek im nie skleja:
Boją się siebie, człowieka i Boga,
Boją się, kiedy ptak z północy leci,
Gdy pies zawyje przeciągle u proga,
Gdy niespokojnie przez sen płaczą dzieci,
Gdy trzaska sucha belka u powały,
Gdy się zaśmieje puszczyk i zaświeci
Ognik na bagnie, jak oni niestały.


[ 145 ]

Boją się ognia, głodu i pomoru
I śmierci nagłej i śmierci powolnej
I dziennej spieki i mroków wieczoru,
Widm o północy, południcy polnej —
I znów powodzi, przesytu, bezlików
Lat wśród starości siwej, nieudolnej,
Zwierza wśród kniei, w puszczy rozbójników,
Tłumu i cichej samotni spokojnej
I swoich królów i swych niewolników
I dumy, siły, odwagi i wojny.

A siostra lęku o zielonej twarzy,
Nadzieja, co jest wahania podnóżem,
Z obawą stojąc wciąż na jutra straży,
Nie dba o wieczne Dziś, czyniąc je tchórzem,
Co szczędzi, skąpi swych sił, by w wybuchu
Całej potęgi, ramieniem swem turzem
Podnieść do nieba świat w czynie i w duchu,
Choćby z wysiłku runąć na etapie, —
Jeno cierpliwie czeka na łańcuchu,
Śniąc o jutrzejszym łaskawym ochłapie.

Nadzieja, siostra lęku, matka prośby,
Kornej niemocy opiekunka starcza,
Niech pada, z lękiem wraz, od miecza kośby,
Póki największa z hańb ziemię obarcza,
Wstyd odsłoniętym mieczom i sromota
Niezlękłym piersiom, plama wojny: Tarcza!
Z najpodlejszego kruszcu, choć ze złota,

[ 146 ]

Do lewej ręki przypięta rzemieniem,
Nie wpuszcza blasku słońca w serca wrota
I pierś, płonącą żarem, chłodzi cieniem.

Trwogi o życie uczy tarcza podła.
Zwycięstwo krwią się zdobywa i trupem!
Nie mam przekupnej nadziei u godła,
Co dla mgły jutra, da dziś triumf łupem.
Pierś ucinały prawą Amazonki,
By łuk napinać sprężniej jej okupem.
A ja rzuciłem między wrogów członki
Swe lewe ramię, przez się odrąbane,
Dla wiecznej z tarczą nikczemną rozłąki,
By jeno mieczem zdobywać Nieznane!



[ 147 ]ZGON WOJOWNIKA.



Bijcie w dzwony i każcie dąć w surmy mosiężne,
By drżały mocne dęby, jak słabe osiki,
By w posadach zatrzęsły się góry potężne,
Co pochodom mym słały do stóp swe przesmyki
I niech echa gromkiemi odgrzmiewają krzyki
W wąwozach i parowach me wojenne imię,
Co siało przerażnie białe i lęk dziki,
Czerwone od krwi rzezi, zczerniłe w zgliszcz dymie,
Jak widmo przeznaczenia ślepe i olbrzymie.

Jeden z tych groźnych, którzy potrząsają losem,
Jak zimnym pękiem ostrych włóczni w twardej dłoni,
Straszny, jak czarna zbroja rycerza pod włosem
Nocnych piór, gdy z przyłbicą spuszczoną w bój goni,
Konam, jak wojownikom przystało: od broni
Na polu walk, ostatnie odniósłszy zwycięstwo,
Pośród rzężenia wrogów zabitych i koni.
A noc czarna, skrywając mnie swych mroków gęstwą,
Wdowom każe jękami głosić moje męstwo.

Przywiedzionych pokornie na szarym powrozie
Jeńców do nóg mi rzuca pościgu obława.
Ten, kto żył w pięknej grozie, kona w pięknej grozie:
Upaja mnie szczęk mieczów i rumaków rżawa.
Członki mi kryje sztandar szkarłatny i Sława,

[ 148 ]

Co mi wieniec dębowy na bladą skroń wije.
Pieśni o mnie żałoba śpiewa i obawa
I nigdy nie zapomną ich usta niczyje:
Bom jest z tych, których serce i po śmierci bije.

W prawicę miecz mi dajcie, pochodnię w lewicę,
Bym konał, jako żyłem: z swego czynu godłem.
Stworzony, by zdobywać, miecza błyskawicę
Wrażałem, gdzie zaborczem spojrzeniem powiodłem.
Podeprzyjcie mi głowę mem bitewnem siodłem
I rumaka przywiedźcie, co miał strzały celność:
Nigdy się, jak na strzale, na nim nie zawiodłem.
Tak też w chlubną poniosła mnie śmierć jego dzielność,
Bowiem oddaję życie swe za nieśmiertelność.

Miecz mój, klucz bram zamkniętych, nie wie dotąd, po co
Miastom strwożonym brama z spiżu i żelaza.
Lśniący od słońca we dnie, od pochodni nocą,
Wnikał w najwarowniejsze grody jak zaraza.
Ostrze dwusiecznie, które tnie, nigdy nie płaza,
Krwią z krwi się omywało. Końskiej grzywy chusta
Ocierała je, by go nie tknęła rdzy skaza.
A rany mu się śmiały, jak kochankom usta
Dziewczyny, która róże rwie słodka i pusta.

Na wszystkich ziem rubieże wiódł mnie boju taniec,
Przez wszystkie zamki, twierdze i naskalne grody.
Zdobyte miasta-m nizał na sławy różaniec,
Jak na świetny naszyjnik perły czystej wody.

[ 149 ]

A te, co wstrzymywały me lotne pochody,
Albo opory krnąbrne na drodze mi kładły,
Zmazywałem ze ziemi kwitnącej i młodej,
Jak palcem pismo z księgi od wieków pobladłej
Lub pajęczyny, które zwierciadło obsiadły.

Gdzie z siół kwitnących powstał bunt,
wnet kładł się w popioł,
Ku ziemi obracając blade martwych twarze.
Chaty, które chmiel, — domy, które powój opiął,
Przeistaczałem w głuche, zwęglone cmentarze.
Trumny ojców żałobne odbywały straże
Przy sierocych kołyskach dzieci; wdowie szaty
Kładły oblubienice i o strasznej karze
Świadczyły pola śniące wczoraj plon bogaty,
Dziś zamienione w martwą perzynę zatraty.

Północe się dziwiły słońc nieznanych świtom,
Co krwawo rumieniły czarnych lasów czuby,
Podając hasło ognia gór najwyższych szczytom,
Gdym czoła miast płomieniem koronował zguby.
Jutrzenka przerażone zawierała śluby
Z łuną rozsianej wkoło przeze mnie pożogi,
Wglądając w trupie zamków spalonych kadłuby,
Na zgliszcza wsi, co ślady znaczyły mej drogi,
Jako czarne pieczęcie potęgi złowrogiej.

Jęk gnał każdem bezdrożem, gościńcem i mostem,
Złorzeczeniami plwając z ochrypłego gardła.

[ 150 ]

Klątwa, jak głodna suka z podwiniętym chwostem,
Wyła i własną żałość z krwią zakrzepłą żarła.
Obłęd z bezmyślnym zezem potwornego karła
Chichotał na rozstajach u krzyżów podnóża.
Lecz ma ostroga ostro w brzuch konia się parła,
Którego tętent wściekły, jak szczęście, odurza —
A za mną płaszcz mój czarny na wichrze, jak burza.

Dnie spijałem, jak czasze zwycięstwa upojne,
Noce były pragnieniem nowych czasz i łupów.
Jak chleb, potęgę jadłem i sławę i wojnę,
Aż granicznych na ziemi brakło wkońcu słupów!
Zdobyłem wszystko! Krajów nie stało i trupów!
Morza dodałem lądom, których jest zbyt mało!
Posiadłszy wszystko, brać już nie mogłem okupów,
Wszystko się mojej mocy wszechwładnej oddało,
Wraz z martwego już wroga wbitą mi w pierś strzałą.

Przeszedłszy ziemię, żniwiarz sławy, śmierci siewca,
Konam w poczuciu mocy dumą oszołomnem.
Zgasnę, gdy wyrwę z piersi grot żelazny drzewca,
Lecz zostanę w podaniu świata wiekopomnem.
Pogrzebcie mnie na polu, pod niebem ogromnem,
W ziemi, com był jej gwiazdą, jak słońce w błękicie.
Lecz w dłoń, która władała żelazem niezłomnem,
Miast miecza, włóżcie ziarno pszeniczne mi skrycie,
By z dłoni, co śmierć siała, choć źdźbem wzrosło Życie.



[ 151 ]TRÓJCA.



Przedziwny miałem sen:
W mgły złotej ciszę
Spowitym rankiem, gdy trawę kołysze
Wiew miękki, kwiaty potrącając w rosach:
Pośród rozśpiewu skowronków w niebiosach
I miodnych brzęków pszczół, szedł miedzy smugą
Starzec odziany w śnieżną szatę długą,
A przy nim piękne dziecię złotowłose
Kroczyło w bieli niewinne i bose,
A powiew, który niósł ziół wonie świeże,
Pieścił ich srebrne i złote kędzierze.

U ramion dziecka, wpuszczoną pod paszki,
Błękitną wstążką z niem związan, nieważki
Gołąb się białym ponosił obłokiem
I tak zestrajał swój lot z dziecka krokiem,
Że modrookie dziecko z jasnem czołem
Zdało się ziemskim, skrzydlatym aniołem.

U szyi starca nagiej i od słońca
Na bronz spalonej, którą broda drżąca
Chlubą siwizny kryła najsędziwszej,
Zwisał, łagodnym splotem ją owiwszy,
wąż, zwierz mądrości i błyskał głębokiem,
Jak szmaragdowy klejnot ciemnem okiem.


[ 152 ]

Niesione lekką gołębia przestrogą
Dziecko odważnie beztroską szło nogą,
Głogi i ciernie omijając zbliska:
I trawą skryte, zdradne kretowiska.
Starzec zaś, niby na kiju, się wspiera
Na starym mieczu, któremu rdza zżera
Połysk chwalebny. Ale ostrze broni,
Choć w szczerb różańcu, grozi raną dłoni
Odwykłej zdawna od ciosów, co sieką —
Więc je dzierżyła ostrożnie, daleko.

Dziecko, wspierając skroń o starca biodro,
Ciekawie przed się patrzyło w dal modrą,
Starzec zaś bacznie wstecz wracał źrenicą.
Jedną szli drogą i jedną ich lico
Zdało się mową, choć duszami dwiema
Ciągle myśleli o kimś, kogo niema.

A gdy się drogą znużyli daleką,
Siedli pod kwietną jabłonki opieką
I odgarnąwszy włos zwilgły w pochodzie,
Milcząc w marzącym spoczywali chłodzie.
Na szyi starca wąż w sen zapadł w cieniu,
Gołąb spał biały na dziecka ramieniu,
A między nimi, w środku, miecz legł nagi.

Dziecko patrzyło wdał wzrokiem uwagi,
Starzec wstecz zasię niespokojnie, czujnie...
Coś jakby czystą ich mąciło spójnię:

[ 153 ]

W oczach mgła niby, gdy szybę odymi...
Zda się, że brakło kogoś między nimi...

A między nimi leżał miecz samotny.
I rzekło dziecko po chwili przelotnej:
„Powiedz mi piękną bajkę, srebrny dziadku“.

Zadrżała broda starca w płynnym spadku.
Rzekł, jakby pragnąc złęj myśli się zarzec:
„Idziemy, ty i ja, dziecko i starzec,
Jak piękny życia początek i koniec;
Ty jako jutra tajemnego goniec,
Ja szczęt wczorajszych dni. W mgły złotej ciszę
Spowitym rankiem, gdy trawę kołysze
Wiew miękki, kwiaty potrącając w rosach,
Idziem wśród śpiewu skowronków w niebiosach
I miodnych brzęków pszczół...“

Lecz rzecze dziecię:
„Nie o nas, dziadku, mów. Nie o nas przecie.
Lecz baśń mi powiedz o kimś, kogo niema.“
Tknął starzec miecza rękami obiema
I szepnął smutno: „Niema go. We dwoje
Idziemy jeno łąką, dziecię moje,
Jak piękny życia początek i koniec.
Gdzie ten — lub choćby jego zwiastun, goniec —
Gdzie ten, co między końcem i początkiem?
Tyś snem jutrzejszym, jam wczorajszym szczątkiem...
Słyszysz, co o nas wiew w trawach szeleszcze?


[ 154 ]

Tyś jest niewinność niestracona jeszcze,
Jam jest niewinność znowu odzyskana...
Obaj niewinniśmy, jak biała piana,
Bo obaj słabi. Trzeba nam podpory.
Ciebie gołębia polot niesie skory,
Mnie miecz podpiera, tedy nie jest mieczem.
A niema tego, co władnie dwusieczem,
Co sam na sobie oparty jedynie,
Cnoty i winy spełnia w dumnym czynie,
Bo moc posiada: dociera i błądzi.
Lecz jak dwugarbny jeden grzbiet wielbłądzi,
Błąd go i prawda naprzód niosą drogą.
A on przed sobę odpowiada srogo
Za własną dumę, moc, winę i cnotę,
Lecz między nami brak go, dziecko złote.
Nie mam ci o kim opowiedzieć baśni...“

A dziecię, zgodnej nie przestając waśni:
„Baśń o rycerzach mi mów, jak bez zmiany
W ciąż walczą dzielnie i odnoszą rany,
Niezłomni w chwale i w losów niestatku...
Powiedz mi o tem, co nieprawda, dziadku.“

Starzec pogładził dziecię po kędzierzach:
„O wielkich czynach i dzielnych rycerzach
Baśń jest nieprawdą? O, głębi dziecinna!
A jednak baśń ta prawdą być powinna.
Przecie jest prawdą ten miecz i rdzy plamy...“


[ 155 ]

I wstał po chwili: „Chodźmy! Poszukamy
Tego, co wykuł ten szczerbiec potężny.
I zapytamy dla czyjej orężnej
Dłoni go ostrzył, by szedł w czynów taniec,
O których mówi dziś ten szczerb różaniec.
Czy żyje jeszcze, kto nim władał w sile,
Czy też oddawna śpi w cichej mogile,
Pozostawiwszy swój miecz bez dziedzica,
By go w bezczynie jadła rdzy próchnica
I by nim wspierał się starzec, co gaśnie.
Potem o Mężu tym powiem ci baśnie,
Które są prawdą“.

Szli w mgły złotej ciszę
Spowitym rankiem, gdy trawę kołysze
Wiew miękki, kwiaty potrącając w rosach,
Pośród skowronków rozśpiewu w niebiosach.
U ramion dziecka, wpuszczoną pod paszki
Błękitną wstążką z niem związan, nieważki
Gołąb się białym ponosił obłokiem
I tak zestrajał swój lot z dziecka krokiem,
że modrookie dziecko z jasnem czołem
Zdało się ziemskim, skrzydlatym aniołem.
U szyi starca zaś nagiej, od słońca
Na bronz spalonej, którą broda drżąca
Chlubą siwizny kryła najsędziwszej,
Zwisał, łagodnym splotem ją owiwszy,
Wąż, zwierz mądrości i błyskał głębokiem,
Jak szmaragdowy klejnot ciemnem okiem...
I z miecza starzec miał kij do podpory.


[ 156 ]

A gdy się słońce chowało za bory,
Gdy mrok dłoń ludziom na oczach i duszy
Kładzie, a zdali płynie śpiew pastuszy
I granie świerszczy, znużeni podróżni
U wrót przydrożnej przystanęli kuźni,
Gdzie czarny kowal w stal czerwoną, z tryskiem
Iskier, bił młota błękitnym połyskiem.

I zapytali przystając woddalu:
„Powiedz nam czarny i dobry kowalu,
Dla kogo kułeś ten miecz, dzierżąc kleszcze,
I kto nim władał i czy żyje jeszcze?“
Rzekł czarny kowal, ociekając potem
I o kowadło wspierając się młotem:
„Miecz ten wykułem, kiedy, młody, we dnie
I w nocy śniłem święta w dni powszednie —
O wielkich czynach i rycerzach baśnie,
Które nieprawdą są. Tak, ten miecz właśnie.
A kto nim władał, nie umarł, jest żywy...
Kupił go zbrodniarz ode mnie straszliwy,
Który nim zabił w lesie, ze zdradziecka,
Moc ludzi. Zbójca, miał odwagę dziecka,
Co, wstecz nie patrząc, śmiałą kroczy nogą;
Mądrość miał starca, który dróg zszedł mnogo,
Nawiedzał śmierci i narodzin leża,
Moc zaś i wolę miał męża-rycerza,
Którego dłoni chcieć, to już móc znaczy.
Na mieczu rdza to krew... Niech Bóg przebaczy!...
Zbrodniarz dziś siedzi w kajdanach w więzieniu...“


[ 157 ]

Gdy starzec zakrył twarz i płakał w cieniu,
Dziecko na piętach siedząc i kolanach
Myślało jednak, że zbrodniarz w kajdanach
Musi być chorym ogromnie rycerzem,
że działał czyny złe dobrym koncerzem.

I starzec dziecka dłoń ujmując wolno,
Ruszył z niem dalej w zamierzchłą dal polną
Mówiąc: „Chodź! Jego braknie między nami...“
Szli długo, długo drogami, lasami,
Aż odnaleźli więzienie zbrodnicze.
A gdy z za kraty wyjrzało oblicze
Więźnia, rzekł starzec: „Słysz, bracie, co-ć rzeczem.
Zdziałałeś bardzo złe rzeczy tym mieczem,
Którym moc miałeś spełniać piękne czyny,
Boś jest odważny, jak dziecko bez winy,
Co wstecz nie patrząc, śmiałą kroczy nogą;
Mądryś, jak starzec, który dróg zszedł mnogo,
Nawiedzał śmierci i narodzin leża;
Moc zaś i wolę masz męża-rycerza,
Którego dłoni chcieć, to już móc znaczy.
Będziemy czekać tu, dwoje tułaczy,
Aż będziesz znowu wolny, jak my sami,
I pójdziem społem, a ty między nami.
Tymczasem będziem prawić tobie baśnie,
Bo tylko przeto zabiłeś tym właśnie
Mieczem tak wiele ludzi w ciemnym lesie,
Boś nie znał baśni i myślał, że niesie
Jeno nieprawdę...“


[ 158 ]

Pod więziennym murem
Zamieszkał starzec z swym mieczem-kosturem
I mądrym wężem, i dziecko z gołębiem,
I wciąż czekają pod kraty zagłębiem,
Śpiewem skracając noce, jak pasterze,
A baśnie gwarząc w dzień — o bohaterze...

Taki sen miałem... echem mi szeleszcze...
Możem zeń dotąd nie zbudził się jeszcze.



[ 159 ]DZIESIĄTA MUZA.



Między dążącą w chmurach na północ rozpaczą,
A na południe w słońce lecącą nadzieją,
Jest kraj twardy, surowy, gdzie łzy już nie płaczą,
Ani pociechy złotych ziaren już nie sieją.

Radości i cierpienia perzyny goreją
W popiołach; na szkieletach drzew kruki puszcz kraczą;
Na gruzach, z których martwe wyziewy zgliszcz wieją,
Leży szczęście, a rany pierś śmiercią mu znaczą.

Dziewica naga pośród ruin tego piekła,
Co się własnych nadziei i rozpaczy zrzekła,
Dobrowolnie stanęła swą stopą rycerską.

I nawiązawszy męstwa samotnego struny
O dwa nieprzejednane tej ziemi bieguny,
Mieczem na nich gra pięknych walk pieśń bohaterską.



[ 160 ]BIEGUNY.



„Nie z tego świata jest królestwo moje“.
— Takie pokorne mistrz wyrzekł orędzie. —
Lecz z tego świata me królestwo będzie!
— Dumny odkrzyknął mu duch i wdział zbroję. —

Sen o niem zrodził się gwiazdą w gwiazd rzędzie,
Ale na ziemię gwiazd spadają roje!
Pocóż inaczej śnię i snem pierś poję,
Jeśli nie aby wcielać, co sen przędzie?

Królestwo moje nie jest z tego świata,
Bo je wyśniła w gwiazdach myśl skrzydlata,
Lecz z tego świata jest mój miecz żelazny!

Niech lśni dobyty, pochwie nieprzyjazny!
Bo najpiękniejsza myśl rzekła człowiecza:
„Raj mój spoczywa w cieniu mego miecza.“



[ 161 ]FALANGA TRAGICZNA.


Παλαίσμαθ´ ἡμῶν ὁ βίος, εὐτυχοῦσι δὲ
οἱ μὲν τάχ, οἱ δ᾿ ἐσαῦθις, οἱ δ᾿ἤδ βροτῶν.
Eurypides. 



I.

 

Nam, którym codzień białą skroń całuje duma,
A oddal tajna dała źrenice jastrzębie,
Bratem jest bój zdobywczy a siostrą Śmierć-kuma.

Nadzy miecz niesiem w dłoniach, bo tarcze na dębie
Zawiesiliśmy świętym, wraz z wiecznemi śluby,
Że będziem znali jeno dal, szczyty i głębie.

Włos bez hełmu nam stroi dąb w zielone chluby.
z mieczami w prawej, w szereg wiążem się w pochody,
W lewych bratnie prawice dzierżąc za przeguby.

Prócz własnej krwi czerwonej niemasz nam nagrody
I niema zadowoleń nam z czynów tysięcy
I nie cieszą nas żadne zwycięskie zawody:

Bo najmniej, co nam wolno uczynić, jest: Więcej.



[ 162 ]

II.

 

Skoro brat nowy wstąpi w nasz bitewny szereg,
Przynosi tarczę z sobą, którą jego ręka
Sama wykuła w spiżu, bez skaz i usterek.

A jako, że jest niewart wroga, kto się lęka,
Budzim brata w noc ze snu, cisnąwszy w tarcz krzemień,
że kruszec gromkiem echem, jak twardy grzmot szczęka.

Brat zaś, li miecz chwyciwszy, bez trwogi oniemień,
Bez zwłoki mknie, rzucając tarcz tkniętą z omacka:
Bo wprzód mu odwiązaliśmy u tarczy rzemień.

I krzykiem budzim wroga, aby nie znienacka
We śnie nań spaść, lecz śmiało, otwarcie, wśród jawy.
Gdyż im sławniej się broni moc wroga junacka,

Tem piękniej też pracuje i dla naszej sławy.



[ 163 ]

III.

 

Świat i My: wzniosła zdobycz i śmiali zaborce!
Tę świetną zaoraliśmy sobie dzielnicę,
Z męstwem i dumą w pługu: wołami w tej orce.

Lecz jeśli zakreśliliśmy sobie granice,
To jeno by je ciągle przekraczać zuchwale,
Lecąc duchem nad gwiazdy i snów tajemnice:

Dla czystej, pięknie dobrej walki, nie ku chwale,
Której czar nawet serca tchórzów k‘czynom mami.
Czynów naszych nikt nie śmie ryć dłutem na skale.

Sławą darzyć się możem jeno w sobie, sami,
Gardząc marną posągu żądzą i oklasku.
Nie wymawiamy nigdy swych imion ustami.

Nocą jeno nam wolno pisać je na piasku.



[ 164 ]

IV.

 

Nie w zasługę idziemy! Sędziwa zasługa
Nie podźwiga już miecza, co dał młode czyny.
Dla żagli nie stworzona przystań, lecz żegluga.

Nie po zdobycz! Szlachetny bój nam cel jedyny.
Kto żądzą łupu śmiały, jest dla nas przedajny,
Lub kogo pewny wynik gna w bój, czy wawrzyny.

Idziem na nieodpłatny i na śmierciodajny
Szał walki, trzaskać wraże oporów przyłbice,
Bo nawet nie po prawdę, choć ku prawdzie tąjnej.

Bezkorzystni, jak szczyty i jak błyskawice,
Oddamy za nią śmierci ziemską ciał ulepę,
Choć wiemy, że i orły prosto w słońca lice

Patrzeć mogą dopiero, gdy stare i — ślepe.



[ 165 ]

V.

 

Bym nie łudził się, co mnie czeka nieodzownie
Za życia bohaterski szał w wiecznym rozpędzi
Chowam, jak bracia moi kielich, głaz i głownię.

Kroczę z nimi nad morze w pochodu obrzędzie,
Gdzie, kruż nalawszy winem, mówię dłoni: „Wylej!“
Rozrzutne, jak ten puhar, życie moje będzie.

Potem ochrzciwszy kamień imieniem swem, milej
Brzmiącem niegdyś mej matce, niż śpiew, jak z cięciwy
W toń rzucam go. Dać wszystko, wziąć nic: mój przywilej.

I zatknąwszy na brzegu głownię, w żar ją żywy
Rozpalam u fal skraju tańczących z szelestem.
W nocy morze ją zgasi szumnemi przypływy.

A rano martwy węgiel powie mi, czem jestem.



[ 166 ]

VI.

 

Gdy po dniu twardym błysną ciche gwiazdy w złocie,
A piersi się westchnieniem głębokiem rozszerzą,
Snów poddawać nie wolno nam szczęścia tęsknocie.

Nic dla nas! Nas godziny żadne nie sprzymierzą
Z zamiłowaniem przesłodkiem, jako miód w pasiece.
By pomnieć to, dzierżymy w ustach różę świeżą:

Niby ów pocałunek, którego kobiece
Usta nigdy nie złożą na krwawej, jak róża,
Ranie w piersi płonącej w przedśmiertnych chwil spiece.

I kiedy w noc wiosenną, co myśli odurza
Winem marzenia, czoła płoną gwiazd ekstazą,
Dłoń nasza, której szczęścia nie znaczona kruża,

Ciśnie do skroni miecza zimnego żelazo.



[ 167 ]

VII.

 

Niecierpliwego serca nieukojny wrzątek
Budzi nas świtem: okiem wodzimy dokoła
Szukając, kędy czynu nowego początek.

Bo powietrzem płuc naszych trudy i mozoła
I wiecznie nam wysiłku i prześcigów trzeba
Z ucieczką szczytów w błękit i z skrzydłem sokoła.

Z niebezpiecznego jeno umiemy żyć chleba,
Wieczyście niegotowi i sobie wyprzedni,
Jako dojrzewająca jest młodość efeba.

Pniem się wzwyż po granitach i gór gołoledni,
Lub dłonie nam od wioseł twardnieją modzelą.
Nie znamy wczasu. Każdy nam dzień jest powszedni.

Dzielnym śmierć jest zbyt wcześnie świętem i niedzielą.



[ 168 ]

VIII.

 

Iżby życie waleczne, które jest jedynem,
Było nam słodsze, niźli najsłodsza biesiada,
Zaprawiamy je myślą o śmierci, jak winem.

Za nami idącymi ku słońcu, cień pada
I kładzie się na ziemię, jak i my polężem.
Cudne to upomnienie słoneczne i rada:

że niema dnia dla męża, kiedy nie był mężem
I mieczem nie wykuwał go w walki gorącu.
Jeno tak blasku chwały bez cienia dosiężem.

Tem bujniej chce żyć w walce, kto myśli o końcu.
A im dzielniej go bitwy święty żar rozpali,
Tem młodszy i piękniejszy straci cień swój w słońcu.

Gdy śmierć w południu życia na wznak go obali.



[ 169 ]

IX.

 

Najwyższy był z nas czołem brat, który padł wczora
Na wznak, rozkrzyżowawszy szeroko ramiona,
Jakby w uścisk chciał gwiezdne wziąć niebo wieczora.

Młodych kędziorów pełne, fijołkowe grona
Ocieniały mu czoło mędrsze od czół braci,
Jako od świtu głębszy jest wieczór, co kona.

I gdyśmy go żegnali, skłoniwszy postaci,
Ust jego, co nam słowa mówiły najmędrsze,
Nie tknęliśmy, jak czyni brat, gdy brata traci;

Ani czoła, co snami sięgało w nieb wnętrze,
Wsparte o gwiazdy lśniące iskrami złotemi.
Całowaliśmy stopy mu, od czoła świętsze,

Bowiem się opierały na najświętszej ziemi.



[ 170 ]

X.

 

Gdy brat nam padnie w boju, gałęźmi oliwy
Nieranne z tylu ciało skrywamy, gdzie padło,
By nie patrzył na bladą śmierć krąg słońca żywy.

Potem zwłoki spowiwszy w białe prześcieradło,
Niesiem je ciemną nocą do najdalszej groty,
By jutro i wspomnienie miejsca nie odgadło.

I wzniesiony stos zlawszy winem starej cnoty,
Ubrawszy trupa kwieciem, rozpalamy smolną
Pochodnią, odwróciwszy twarze, pożar złoty.

I odtąd już nam, żywym, odwiedzać nie wolno
Ani pamiętać grobu. Jeno cyprys świeży,
Zasadzony przed brata przystanią padolną,

Wskazuje słońcu cieniem swym, gdzie brat nasz leży.



[ 171 ]PRÓBA SILNYCH.



I my, nim w bój wylecim, na kształt rojów pszczelich.
Po miód śmierci na kwiecia krwawego kobierce,
Idziemy na brzeg morza, na fale w rozterce
Spokojnem patrzeć okiem, na spienioną biel ich.

I wsparci na płomiennych mieczach archanielich,
Snów ogromnych i ogni słonecznych wydzierce,
Zapraszamy na ucztę nasze dzielne serce,
By w ręce Morza wypić złoty wina kielich.

Ale jest wino nasze straszne i okrutne!
Nie jak to, co podnietą oszałamia smutne
Serca w niebezpieczeństwie przepaści i zguby.

I trzeba mieć dlań głowę tęgą, wielkiej próby,
Bo przed walką o cudy wśród gróz i przerażeń
Otrzeźwia, odbierając czar ułud i marzeń.



[ 172 ]NAUKA.



Powiedz mi żołnierzu, ty dumny żołnierzu,
Skądżeś tak pogodny, jak blask na puklerzu?
Jakże możesz śmiać się, mieć serce spokojne?
Jutro możesz umrzeć, wszak idziesz na wojnę.

— „Przywykłem do śmierci, jak do snu i chleba.
Śmierci tak, jak wojny, nauczyć się trzeba“.

Powiedz mi, żeglarzu kroczący wyniośle,
Skądżeś tak spokojny, jako blask na wiośle?
Jak to, że ci troska czoła nie zachmurza?
Jutro pomkniesz łodzią, a na morzu burza.

— „Przywykłem do śmierci, jak do pola pługi.
śmierci się nauczyć trzeba, jak żeglugi“.

Powiedz mi, żołnierzu i żeglarzu dzielny,
Jak to może śmierci nie bać się śmiertelny?
Jak to może śmiać się i cieszyć myśl trwożna
I jakże to śmierci nauczyć się można?

— „Nie boim się miecza, nie boim rozbicia.
Śmierci tak potrzeba uczyć się, jak życia“.


[ 173 ]

Powiedz mi, żołnierzu i żeglarzu śmiały,
Wszakże miecz ma ostrze, pod wodą są skały.
Choć śmierci nauczysz się, jak nut i tańca,
Możesz zginąć w morzu, możesz paść u szańca.

— „W tem jest dzielność naszej pogody junaczej:
Żyjem, jakby było inaczej, inaczej“.



[ 174 ]ORĘDZIE.



Co jest, niech piękne będzie, bowiem jest
Tego, że było, przyszłość nie odmieni.
Więc je podnieśmy, sami podniesieni,
Dajmy mu z ognia i krwi żywej chrzest,
Ażeby piękne było to, co jest.

I niechaj piękne będzie, czego niema,
Albowiem wszystko może jeszcze być
Dla władnych duchem i dłońmi obiema.
Wiosną wywodzi gleba czarnoziema,
O czem nie mogła martwa zima śnić.

Niech pochwalone będzie, co jest znane,
Albowiem Czasu wielkiego moc groźna,
Co kryje w dalach swych wszelką przemianę
Dłoń nań położy, jak bliznę na ranę
I rzeczy znanej nikt jutro nie pozna.

I niech nieznane pochwalone będzie,
Bo jeno w niem śpi dumna zdobycz dusz
Przez walk triumfy i klęski w obłędzie.
A dla zdobywców nie zabraknie mórz,
Albowiem Ono jedyne jest wszędzie.




#licence info
Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1929. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1953 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1929 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1929 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false